Strona domowa użytkownika
Zawiera informacje, galerię zdjęć, blog oraz wejście do zbiorów.
Zawiera informacje, galerię zdjęć, blog oraz wejście do zbiorów.
Najnowsze recenzje
-
Przepiękne i klimatyczne wykonanie polskich kolęd przez Chór Akademicki Akademii Teologii Katolickiej w Warszawie, a do tego wykonane i nagrane w kościele św. Jacka OO Dominikanów w Warszawie, co dodaje niesamowicie magicznie świąteczną i uroczystą atmosferę całości.
-
Po przeczytanym 'Milczeniu' postanowiłam sięgnąć po kolejną pozycję Shusaku Endo, tym razem po 'Morze i truciznę'. Kompletnie to zgoła inny rodzaj powieści, ale tak samo mistrzowsko napisany. Bardzo oryginalnie prowadzone linie fabularne o postaciach, o których czytamy, a do których autor już nie wraca, to niezwykle ciekawy zabieg stylistyczny, a przeżycia autora kiedy mieszkał jeszcze jako dziecko w Mandżurii, a potem długo chorował na płuca, widać tutaj bardzo wyraźnie. Morze w tytule wydaje się takie oczywiste, ale czy tak jest? Czy to tytułowe morze to morze ludzi czy morze decyzji, które na co dzień podejmujemy nie zastanawiając się nad ich skutkami w przyszłości? Czy trucizna jest trucizną w naszych sercach czy być może jest to trucizna, którą człowiek przekazuje dalej, niszcząc i zabijając? Suguro, Toda, Ueda, każdy z nich podjął taką samą decyzję z różnych powodów. Czas mija, a jej skutki są dalej widoczne. Czy można było tego uniknąć? Czy w ogóle chcieli tego uniknąć? Shusaku Endo kończy powieść w momencie kiedy najbardziej jesteśmy ciekawi co będzie dalej, dając czytelnikowi do oceny bardzo złożoną i wielowarstwową sytuację.
-
Po przeczytaniu kilku pierwszych stron, choć styl pisania wydał mi się niezwykle infantylny, a do tego okraszony dodatkowo literówkami i błędami stylistycznymi, pomyślałam jeszcze, że to nic nie szkodzi, w końcu autor książki odbył długo wyczekiwaną podróż życia do swojego ukochanego kraju, jest pociesznie podekscytowany, niech tam gada co mu ślina na język przyniesie, ja to rozumiem. Niestety, im dalej w las, tym moja ocena całości galopowała coraz bardziej w dół, a to z kilku powodów. Po pierwsze i najważniejsze, cała opowieść traci na wiarygodności z powodu niezliczonych korzystnych zbiegów okoliczności, wyjętych rodem z shojo manga. Mało tego, mam wrażenie, że autor posługiwał się w swojej książce japońskimi imionami i fabularnymi wątkami jak gdyby obejrzał wyłącznie Naruto, Ostatniego samuraja, ewentualnie jeden z filmów Akiry Kurosawy, a na koniec wymieszał je ze swoją podróżą do Kraju Kwitnącej Wiśni. Naprawdę nie neguję faktu, że autor książki faktycznie był w Japonii, ale dokładny opis jego perypetii im dalej w stronę wycieczki tym bardziej wydaje mi się mało prawdopodobny, co w momentach tak pełnych egzaltacji i tak wzniośle opisywanych przez autora wywoływało u mnie uśmiech zażenowania, a zakładam, że tego autor nie miał na myśli. Wobec tych baśniowych wątków największy niesmak wzbudziło we mnie wyznanie autora, który robiąc zdjęcia na szczycie klifu fantazjował jak byłoby świetnie uwiecznić w takim momencie skaczącego w dół samobójcę, a szkoda, że tak się nie stało. Mało tego, liczba metafor i nawiązań, których użył autor, a które dotyczyły wszechświata, kosmosu, wizualizacji i innych materializacji myśli, naprawdę męczyła swoją przesądzoną intensywnością. Nie wiem czemu miałaby służyć ta książka, ale z drugiej strony - proszę bardzo - tak właśnie wygląda, jak to często podkreślał autor, pisanie 'odważnym sercem', a nie 'tchórzliwym umysłem'. A każdy niech sam oceni.
-
Świetnie napisana historia Tokio i tokijczyków. Nie jest to żaden album ani przewodnik, ale właśnie porządny kawałek historii, kultury, sztuki, trochę również geografii. Jedyne minusy to wkładki ze zdjęciami, które - mimo swoich niezaprzeczalnych historycznych walorów - nie zawsze odpowiadają aktualnie prowadzonemu rozdziałowi lub też dotyczą wątków, które nie były omawiane w książce, ot trochę tokijskich kadrów. Najbardziej szczegółowo zostały przedstawione ery Meiji i Showa, chociaż trzeba przyznać, że autor do całości historii Tokio podszedł dosyć drobiazgowo. Niestety pozytywny odbiór całości psuje nieco - moim zdaniem nie do końca potrzebne - posłowie, które roztacza nad Tokio fatalistyczną wizję zagłady miasta w bliższej lub dalszej przyszłości podkreślając nieustannie jak nie jest przygotowane na ewentualne kolejne kataklizmy i klęski żywiołowe.
-
Z jakiegoś wyłącznie znanemu obsłudze portalu powodu, pozycje 'Amantów...' i 'Amantek...' są ze sobą połączone jakby to była ta sama książka, a przecież tak nie jest i z tego powodu opinie na temat tych dwóch publikacji będą napisane łącznie. Ubolewam. • Jako pierwszą przeczytałam 'Amantki...'. Świetna pozycja o wybranych przedwojennych aktorkach, która w wielu miejscach pozytywnie mnie zaskoczyła. Obawiałam się - jak to niestety często bywa w opracowaniach tego typu - dużej ilości domysłów i nieposkromionej wolnej interpretacji, ale autor faktycznie mocno trzymał się materiałów źródłowych, a jeśli jakieś treści należały do sfery plotek lub zwyczajnie nie miały jednocznacznego potwierdzenia, zaznaczał to. Na pewno najbardziej wyczerpujące opracowania dotyczyły pierwszych dwóch aktorek: Marii Malickiej i Jadwigi Smosarskiej, mam wrażenie, że kolejne opisy są już krótsze, ale w żadnym wypadku nie są mniej merytoryczne. Podziwiam autora i jego wysiłek aby wyjaśnić i sprostować pewne sprawy, które od dziesiątek lat są błędnie powielane i przedrukowywane. Życiorysy niektórych przedwojennych polskich aktorek wydawałoby się, że skazane zostały na zapomnienie i cieszę się przeogromnie, że są dziennikarze, a przede wszystkim są czytelnicy, którzy cały czas są ciekawi ich losów. Które to już pokolenie fanów? Mam nadzieję, że nie ostatnie. • W jakiś czas później przeczytałam 'Amantów...' i lekko się przeraziłam. Od początku biły po oczach tu i ówdzie pojawiające się literówki, a rozdział o Adamie Brodziszu to kopia rozdziału o Marii Bogdzie (albo raczej odwrotnie, ponieważ 'Amanci...' zostali wydani przed 'Amantkami', ale jednak) - rozumiem, że przecież byli małżeństwem, więc ciężko o zupełne oddzielenie życiorysów, jednak autor nawet się tutaj nie postarał by oprócz początkowej biografii coś jeszcze wyłuskać. • Z pewnością najbardziej drobiazgowe opracowania dotyczą Kazimierza Junoszy-Stępowskiego, Zbigniewa Staniewicza, Witolda Łozińskiego, Zbigniewa Rakowieckiego i Witolda Zacharewicza. Autor musiał dosłownie przekopać się przez tony źródeł, metryk i materiałów prasowych, za co mu chwała, ale przez to tym bardziej te pobieżnie opracowane życiorysy bardziej rzucają się i kłują w oczy, a przecież są naprawdę fascynujące w swoim, niestety często, tragizmie. Mimo wszystko mam wrażenie, że autor po wydaniu 'Amantów...' wyciągnął odpowiednie wnioski i późniejsze wydanie 'Amantek...' jest lepiej dopracowane, co od razu widać. Niemniej, obie pozycje z ich wadami i zaletami są bardzo potrzebne, ponieważ opracowań tego typu próżno szukać na rynku.