Strona domowa użytkownika
Zawiera informacje, galerię zdjęć, blog oraz wejście do zbiorów.
Zawiera informacje, galerię zdjęć, blog oraz wejście do zbiorów.
Najnowsze recenzje
-
Niesamowite dzieło. Każda plansza zaplanowana do najmniejszego detalu. Niektóre strony z powodzeniem można by oprawić i zawiesić na ścianie jako samodzielne dzieło sztuki. Jednocześnie oryginalne wyobrażenie mitu stworzenia i studium sztuki komiksowej czy wizualnej w ogóle. Porywająca narracja, choć do słów ucieka się bardzo rzadko co dodatkowo nadaje im należyty, mityczny ciężar. Można tylko żałować, że niektóre wątki mogły być bardziej rozwinięte, ale to mogłoby źle wpłynąć na skupienie i tempo. Za ewentualny manakament można by uznać bardzo jednoznaczne pochodzenie zła, ale to też czepianie się dla samego czepiania. 9/10.
-
Owszem, dobrze napisana. Ale ostatecznie o niczym. Fabuła tak odbiega od początkowej inspiracji, że mija się to kompletnie z celem. Przemyślenia nie pierwszej świeżości i określanie politycznej przynależności narratora z subtelność młota pneumatycznego (posłowie jasno pozwala rozszerzyć to również na autora już przez sam fakt, co postanowił tam ująć nie wiadomo po co i zaprzeczając sobie niemal natychmiast). Z osobna takie mankamenty to żaden problem, ale w zderzeniu z tym, że bez posłowia nie ma się pełnego oglądu tego, czym ta powieść miała być, zaczynają odbijać się na żołądku. To, że posłowie obnaża książkę jako pozbawioną racji istnienia jest oczywiście jeszcze gorsze i odbiór z "parsknąłem razy kilka, ale szybko zapomnę" zamienia się w irytacje nad pogrzebanym potencjałem i jak dla mnie ewidentym pisaniem pod krytykę i po jakąś tam chwałę niejasną.
-
Głębokie te przemyślenia jak kałuża chodnikowa - równie dobrze można by kopiować i wklejać wpisy dziadów internautów. Kiepsko skrywanym rasizm i seksizm. Ignorowanie kolonializmu. W globalne ocieplenie może twierdzimy, że wierzymy, ale uwiera, uwiera bardzo i tak naprawdę to nie wierzymy. Dużo się stwierdza, ale przypisów można szukać z lupą. Bibliografii, oczywiście, nie ma wcale, ale to akurat przy obranej formie zaskakuje najmniej. Wielki historyk niby, ale dzieło zdaje się raczej napisane na kolanie między jednym wytoczeniem się z zakrystii a drugim, tydzień po tygodniu. Wstyd, że PiW wydaje takie badziewie, żenująca książeczka i to nawet jeśli ktoś miałby się z opinią autora zgadzać, bo to zwyczajnie nie jest żadna analiza, a zbiór opinii nie różniący się zbytnio w znaczeniu od takich jakie można by usłyszeć na targu.
-
Trudno jest powiedzieć coś konkretnego o tej książce, skoro sama w sobie jest mało konkretne. Dotyka wielu aspektów nad którymi można się rozwodzić bez końca - jest mowa o naturze pamięci i opowieści, o płciowości i jej znaczeniu w społeczeństwie. O trudności w zdefiniowaniu własnego ja. Ale wszystko to jest tak mgliste jak można by się spodziewać, inaczej chyba być nie może. Dla ceniących sobie prozę poetycką będzie to ciekawa lektura. Osoby lubujące się w konretnej fabule i jasnych wątkach doprowadzi raczej do szału.
-
Jak napisać recenzję takiej książki? Bo "V." Pynchona to książka niesamowita, ale tak jak inne książki tego autora mówi o wielu rzeczach na raz i żadna z nich nie jest po głębszej analizie błacha i żadna nie jest w narracji zrobiona po łepkach. Pomimo serwowanego w typowo dużych dla Pynchona ilościach humoru wypada jednak znacznie poważniej (może to osobiste odczucie?) niż np. "Wada ukryta" czy "W sieci" - kontrastujące momenty powagi sięgają głębiej i uderzają mocniej i bardziej uniwersalnie w takim sensie, że niektóre co mroczniejsze aspekty dwóch wymienionych tytułów niekoniecznie będą tak oddziałowywać na każdą osobę, a wypadku "V." trudniejsze jest do wyobrażenia obojętne przejście obok przedstawianych problemów ludzkiej kondycji. No ale o czym to jest? No, jest o pragnieniach w różnych odsłonach i w całej rozpiętości odmian: o dążeniach, marzeniach, życzeniach, żądzach. Ale też o postępującej reifikacji tak jednostek jak i całych pokoleń na tle i w formie wyniku zamętu i postępujących absurdów codzienności władzy i idei państwowości, które nakręcone przez kawał XIX wieku zaczęły wirować bez kontroli tak, że w wieku XX wszelkie humanitarności urwał się film od przeciążenia nieznanej wielokrotności G. Poza tym "V." jest też o kosmicznej "losowości" wydarzeń wydającej się w niedoparty sposób jak najbardziej zasadną i wcale nie szególnie dziwną - co zdaje się być częstą pochodną stylu autora i stały podtemat jego fikcji. Powieść monumentalna, a Pynchon to geniusz. Przeczytać zdecydowanie warto (jeszcze jak warto!), ale niekoniecznie będzie to przez cały czas przyjemne, a łatwe najpewniej nie będzie wcale.