Aaron i Grace Templeton – para kochających rodziców – tracą swoją trzyletnią córeczkę Kierę podczas parady. Tłum, hałas, zamieszanie – a potem pustka. Próżnia. Ten moment, w którym wszystko się zatrzymuje, a świat zaczyna się walić. Javier Castillo nie oszczędza czytelnika – już na pierwszych stronach każe nam wejść w skórę rodziców, których życie nagle zostaje brutalnie przerwane. I nie wychodzimy z tej skóry przez całą książkę. Ale najważniejszą postacią tej historii – przynajmniej dla mnie – była Miren Triggs. Młoda, ambitna dziennikarka śledcza z trudną przeszłością. To ona przejmuje pałeczkę, kiedy wydaje się, że sprawa jest już martwa. Kiedy policja umywa ręce, a opinia publiczna zapomina. Miren to nie tylko bohaterka z krwi i kości – to kobieta, którą chce się znać, której chce się zaufać. Uparta, odważna, zdeterminowana do granic możliwości. A jednocześnie krucha, pokaleczona, boleśnie ludzka. Castillo mistrzowsko buduje napięcie. Co chwilę wrzuca nowe tropy, zmienia perspektywę, prowadzi nas w ślepe zaułki tylko po to, by zaraz rzucić nowe światło na sprawę. Ale robi to z gracją – nic nie jest przesadzone, nic nie jest zbędne. Każdy rozdział jest jak kolejny puzzel układanki, która długo wydaje się niemożliwa do złożenia. Gdy pięć lat po zaginięciu ktoś przysyła kasetę wideo z nagraniem Kiery – żywej, starszej, ale wciąż tej samej dziewczynki – napięcie sięga zenitu. Czy to możliwe? Czy ona naprawdę żyje? Co się z nią działo przez cały ten czas? I kto gra tę okrutną grę z rodzicami? Odpowiedzi przychodzą powoli, stopniowo, niemal z sadystyczną precyzją. A kiedy już myślimy, że wiemy, co się stało – Castillo serwuje kolejny zwrot akcji. Ale to nie same twisty czynią tę książkę wyjątkową. To emocje. Uczucie niepokoju, które nie opuszcza nawet wtedy, gdy odkładamy książkę na chwilę. To uczucie współczucia, empatii, rozpaczy i gniewu.