Strona domowa użytkownika

Zawiera informacje, galerię zdjęć, blog oraz wejście do zbiorów.
[awatar]
PrzeCzytajka
Najnowsze recenzje
1
...
9 10 11
...
33
  • [awatar]
    PrzeCzytajka
    „Wesoła rozwódka” to powieść autorstwa Iwony Czarkowskiej, która ukazała się w 2017 roku. Ta książka rozpoczyna cykl opowiadający o perypetiach Alicji. Jest to również moje pierwsze spotkanie z twórczością tej autorki i myślę, ze nie ostatnie. A dlaczego? O tym za chwilę Wam opowiem? • Nie od dziś wiadomo, że życie pisze różne scenariusze, powieść „Wesoła rozwódka” jest tego dobitnym potwierdzeniem. Alicję – główną bohaterkę poznajemy w momencie kiedy jest już po rozwodzie. W efekcie zastosowanej przez autorkę retrospekcji dowiadujemy się dlaczego małżeństwo Alicji i Pawła legło w gruzach. • Alicja rozpoczyna życie na nowo co jak się okazuje nie jest łatwe, ale te i nie niemożliwe. Ala z optymizmem, ale również z ogromnym samozaparciem stawia czoła kolejnym kłopotom, które w jej życiu zdają się wyrastać jak grzyby po deszczu. Na rozwiązanie czeka wiele dylematów, a ścieżka którą kroczy bohaterka nie jest bynajmniej usłana różami. • W odnalezieniu się w nowej po-rozwodowej rzeczywistości pomagają jej trzy niezawodne przyjaciółki – Łucja, Karolina i Ewa, które wspierają ją we wszystkim i dopingują w podejmowanych działaniach, które nie rzadko niosą za sobą masę nieoczekiwanych zdarzeń. • „Wesoła rozwódka” to powieść napisana w bardzo lekkim stylu. Autorka postarała się przedstawić wszystkie problematyczne zjawiska, jako coś co można przetrwać, dzięki odrobinie optymizmu wiary we własne siły. To tematu samego rozwodu nie podchodzi sztampowo, owszem jest to jedna z najt­rudn­iejs­zych­ życiowych decyzji i niesie ze sobą ogromny bagaż negatywnych emocji. Jednak sposób pisania i przedstawienie tego co potem, składnia mimo wszystko do refleksji. Autorka daje czytelnikowi jasny przekaz, że zamknięcie pewnych drzwi, nie musi być końcem świata, że to my sami decydujemy, o tym jak sobie z tym poradzimy i jakie wyciągniemy z tego wnioski. Możemy zaszyć się w mysiej dziurze, zgnić pod kołdrą utkną z rozpaczy i wypłakać wszystkie łzy świata. Ale możemy również podejść do tematu zadaniowo. Potraktować rozwód jako początek czegoś zupełnie nowego. Możemy wyjść ze skorupki własnego żalu i powędrować w szeroki świat, który przecież nie zamyka się na nas nigdy. • Alicja dzięki wsparciu przyjaciółek zaczyna ogarniać własne życie i tworzy dla siebie nowy świat, stawia przed sobą nowe wyzwania, zaczyna spełniać swoje marzenia. A łzy i rozpacz zastępuje śmiechem i wiarą we własne możliwości. • „Wesoła rozwódka” choć porusza ważne i trudne tematy około rozwodowe, napisana jest w sposób niezwykle sympatyczny. Akcja jest wartka, w życiu Alicji wiele się dzieje, a zatem czytelnik nie ma chwili wytchnienia ani czasu na nudę. Perypetie tej odrobinę szalonej i niesamowicie optymistycznej kobiety, zadają kłam wszelkim stereotypom krążącym wokół rozwodów. Bo któż powiedział, że należy płakać nad rozlanym mlekiem? A może dla odmiany lepiej byłoby urządzić imprezę, na której powitamy nowe perspektywy? • Szalone z pozoru działania Alicji – w moim odczuciu – nie są wcale takie głupie jak mogłyby się wydawać na pierwszy rzut oka. Bo czy może być coś lepszego dla świeżo upieczonej rozwódki niż tort z twarzą niewiernego ex męża, któremu można uciąć bezkarnie to i owo? Chyba nie. Kobiecie po przejściach potrzebny jest reset i nie mam co do tego absolutnych wątpliwości. • Sama przez to przeszłam, więc wiem jak to jest. I żałuję, że na mojej drodze nikt nie postawił firmy organizującej takie przyjęcia rozwodowe. Rozładowanie wyniszczających emocji w pozytywny sposób jest dla takiej kobiety niezwykle ważne. • Czasy się zmieniły – instytucja małżeństwa nie ma już dożywotniej gwarancji i dlatego (choć nadal wierzę w miłość) uważam, że skoro dochodzi do rozpadu pożycia małżeńskiego, to trzeba ten etap również przejść z godnością na ustach. Kobiety postawione w tej sytuacji nie ze swojej winy, powinny po okresie rozpaczy wkroczyć w kolejny level – jakim jest odnalezienie samej siebie. • Iwona Czarkowska w swej powieści „Wesoła rozwódka” daje swoim czytelniczkom właśnie taką alternatywę. Pokazuje, że możliwe jest pogodzenie się z losem w sposób odbiegający od utartych szlaków. Można to zrobić z uśmiechem na ustach, z wiarą we własne siły, z optymizmem i czystym sercem. A jeśli ktoś wybierze taką drogę to życie da mu w zamian całe mnóstwo radości i nieoczekiwanych przeżyć. • „Wesoła rozwódka” to zabawna i pełna komizmu powieść, która umili Wam czas. Niejednokrotnie doprowadzi Was do głośnego śmiechu i zdecydowanie pobudzi w krążenie, a wraz z tym płynące Waszym krwiobiegiem endorfiny dodadzą Wam światła i dobrego humoru. Doda Wam wiary i rozbudzi w Was przeświadczenie, że w życiu nawet koniec może okazać się pozytywnym początkiem czegoś zupełnie nowego i lepszego. • Kto wie...może tuż za rogiem spotkacie czekającego na Was, Paszteta albo Rudego Sto Dwa? • Nie mogę się doczekać kolejnych przygód Alicji, które czekają na mnie w drugiej i trzeciej części cyklu.
  • [awatar]
    PrzeCzytajka
    „Wszystkie pory uczuć. Lato” to już czwarta i ostatnia część z cyklu. Magdalena Majcher w poprzednich częściach poruszała przeróżne trudne tematy i ich złożoną problematykę. • I tym razem autorka również nie pozwala swoim czytelnikom na odpoczynek i relaks. • „Wszystkie pory uczuć. Lato” to portret matki pokazany jej własnymi oczami. • To lustrzane odbicie tego, co kobieta widzi w sobie, za co się kocha i za co się nienawidzi. Psychologiczny obraz młodej kobiety wyczekującej dziecka i stawiającej pierwsze kroki w świecie macierzyństwa. • Czy każdy z nas ma w sobie ten instynkt matki, który niezawodnie podpowiada nam co mamy robić? • Czy każda kobieta jest dla swego potomka matką idealną? • Czy dzisiejszy świat pomaga kobietom podążać ścieżką macierzyństwa z błogosławieństwem? • Czy też może ludzkość stawia przed takimi kobietom zbyt wysokie wymagania? • A może to my sami zapędzamy się w kozi róg, z którego nie ma ucieczki? • Może otaczający nas medialny świat pełen ideałów popycha nas do niewyobrażalnie krytycznych uwag pod własnym adresem? • Magdalena Majcher porusza w powieści temat trudny, wciąż przez wielu uważany za bezsensowne fanaberie, głupie wymówki i coś „nie do pomyślenia”. A jednak problem depresji poporodowej dotyka coraz szerszego grona kobiet. • Skąd to się bierze? Dlaczego? • Nie ma na to jednoznacznej odpowiedzi. Moim zdaniem to świat, w którym przyszło nam żyć jest odpowiedzialny za to zjawisko. To my sami wykreowaliśmy „standardy” bycia matką doskonałą. Internet aż huczy od mnogości informacji o tym, jak być idealną matką, co robić, a czego absolutnie nie wolno. To kobiety pozakładały fora internetowe ciążowe i dla matek. A tam prawdziwa skarbnica dobrych rad, od których piekło jest wybrukowane. Istny wyścig szczurów w pogoni za zaszczytnym tytułem matki polki idealnej. A niech tylko któraś z młodych matek wyjdzie nieco poza ramy, powie, że coś robi inaczej, od razu...momentalnie zaczyna się nagonka, hejt hejtem poganiany. A od tego, to już tylko kilka schodów do uzyskania tytułu wyrodnej matki. • Marketing parentingowy to dziś bardzo głębokie źródło nie tylko wiedzy, ale i dochodów. Miliony sprzedawanych poradników o ciąży, o pierwszym roku życia dziecka, o wychowaniu, o zasadach i tak dalej. Wciąż na topie, wciąż zdobywa nowe osoby w swoje śliskie łapy. Może i bywa czasem pomocy. Ale moim zdaniem więcej z tego szkody niż pożytku, zwłaszcza jeśli tryliardy informacji zasypują osobę niedoświadczoną, taką, która ma niskie poczucie wartości własnej. Taka osoba zaczyna stawiać sobie zbyt olbrzymie wymagania i ustawia poprzeczkę nie do przeskoczenia. Fala poradnikowych i internetowych informacji zalewa ją niczym fala tsunami. Wdziera się w uszy, oczy i serce. Zatruwa racjonalizm i zagłusza naturalny instynkt. • Bohaterka powieści „Wszystkie pory uczuć. Lato” - Joasia - wpadła w taką falę po same uszy. Co niemalże doprowadziło do tragedii. Została zaszczuta idealizmem macierzyństwa. • Osobiście przeżywałam niektóre z przedstawionych w powieści dylematów. Podobnie jak moja imienniczka urodziłam przez cesarskie cięcie (mój syn też ważył podobnie jak syn bohaterki) i ja, podobnie jak ona, w czasie ciąży naczytałam się milion poradników i dobrych rad na forach internetowych. Co więcej, podobnież jak Joanna, nie miałam pokarmu. Nie byłam w stanie sama wykarmić swojego dziecka, które potrzebowało dużo zjeść. Leżałam w szpitalu obolała, a personel niezbyt chętnie zabierał moje dziecko na dokarmienie. Musiałam radzić sobie sama. Musiałam wysłuchać szpitalnych rad pielęgniarek i lekarzy, o tym jak istotne jest karmienie piersią, bo tylko to daje gwarancję na to, by moje dziecko było zdrowe i inteligentne!! Tak. Dosłownie. • Z tym, że ja w odróżnieniu od głównej bohaterki powieści – miałam świadomość tego, że mnie moja mama również nie karmiła piersią, a na iloraz inteligencji nie narzekam. Miałam to szczęście, że nie dałam się zwariować i zrobiłam to, co uważałam za słuszne, czyli zaraz po wyjściu ze szpitala nakarmiłam syna butlą mleka modyfikowanego. Dziś ma 10 lat i jest okazem zdrowia, a rozwój umysłowy ma na równie wysokim poziomie. • Już wtedy zastanawiałam się nad tym, dlaczego nawet w szpitalu jest tak wielka nagonka na karmienie piersią? Dlaczego wbija się w poczucie winy młode matki, które nie mają pokarmu w piersiach? Po co? Dla jakich wyższych idei się to robi? Ludzie! • Magdalena Majcher w swej powieści również porusza tę kwestię – rzeczywistość w szpitalach państwowych wygląda dokładnie tak jak opisała je autorka. • Młoda matka, pierworódka już na wstępie swej macierzyńskiej drogi wpada w dół wykopany przez innych. Powieściowa Joasia – z każdym dniem zapadała się coraz bardziej. Dobijało ją, że nie spełniła własnych ambicji dotyczących porodu, karmienia...ambicji i planów wybudowanych na podwalinie wszystkie dobrych rad z poradników i internetu. Wpadła po uszy w bagno idealizmu i wytycznych jakie świat obrał sobie za najważniejsze. Wpędziła się w poczucie winy, niespełnienie i nadmierną samokrytykę. A to zrodziło w niej poczucie krzywdy, przeradzające się w obłęd i nadi­nter­pret­ację­ faktów i słów, które w rzeczywistości były wyrazem troski najbliższych. Mąż mówił co innego – ona dopatrywała się w tym krytyki pod swoim adresem. I tak w błędnym kole, z którego nie widziała wyjścia karała samą siebie. Nie była w stanie cieszyć się macierzyństwem, dzieckiem, jego pierwszym spojrzeniem, niemowlęcymi minami i posapywaniem, nie czuła zapachu miłości. Wszystko to omal nie doprowadziło do tragicznego w skutkach końca. • A przecież mogło być inaczej. Przecież to wszystko może wyglądać inaczej! • Gdyby Ci wszyscy „mądrzy” piszący poradniki przestali narzucać kanony idealnego macierzyństwa! • Gdyby internet był wolny od matek przeświadczonych o swej doskonałości – jednocześnie plujących żółcią na kobiety, które urodziły inaczej, karmią inaczej, śpią z dziećmi inaczej niż one same! • Gdyby w szpitalach zamiast „mądrych” formułek – młoda matka usłyszała, że to nic złego, że wiele osób tak ma, że nie jest leniwa, po prostu czasem tak się dzieje! • Wszystko mogłoby być inaczej. • Niestety – jest coraz gorzej! • „Wszystkie pory uczuć. Lato” Magdaleny Majcher to powieść o wielkiej miłości, o spełnieniu, o cudownym stanie ciąży i macierzyństwa, ale również o tym, że to wszystko jest tak delikatne i kruche, że można to zniszczyć nieodpowiednim, nieprzemyślanym słowem czy działaniem. • Ta powieść powinna się znaleźć w kanonie lektur ciążowych i okołoporodowych. • Każda kobieta powinna to przeczytać i jej mężczyzna (przyszły ojciec również). Bo dzięki tej lekturze, przyszłe matki może zrozumieją więcej, nie doprowadzą się na szczyty wygórowanych ambicji rodzicielskich, nie dadzą się zwariować temu światu, który ustanowił kanwy idealizmu macierzyństwa. Natomiast każdy przyszły ojciec uświadomi sobie jakie to wszystko jest niebezpieczne i może, gdy spotka się z taką sytuacją osobiście – będzie potrafił zareagować właściwie – tak jak zareagował powieściowy Maciek. • „Wszystkie pory uczuć. Lato” to powieść obok, której nie wolno przejść obojętnie! Jest tak bardzo ważna powieść, naszpikowana pułapkami czyhającymi na przyszłe matki. W moich oczach jest prawdziwą, życiową lekturą o tym, czego unikać, by móc w rezultacie cieszyć się z ciąży i macierzyństwa w sposób niezmącony niczym. • Podsuńcie ją swoim żonom i partnerkom. Przeczytajcie ją razem z nimi! • Pożyczcie sąsiadce w ciąży! • Dajcie ją ku przestrodze! • Społeczeństwo winno chronić przyszłe matki oraz te które właśnie urodziły! • Bądźmy zatem mądrym i świadomym ogniwem tego społeczeństwa! • Kobiecie, która jest muszlą dającą życie - dajmy szumieć cicho i ze spokojem, by koiła sobą życie, które wydaje na świat i by rozsmakowała się w miłości macierzyńskiej. • Recenzja na:
  • [awatar]
    PrzeCzytajka
    „Miłość ma Twoje imię” to najnowsza powieść Ilony Gołębiewskiej, która premierę miała 6 czerwca 2018 r. Wcześniejsza trylogia o starym domu ujęła mnie ciepłem i ogromną dawką afirmacji życia. Co zatem czeka czytelnika tym razem? Czy nowa książka Ilony Gołębiewskiej przynosi ukojenie czy też może zupełnie coś innego? • „Miłość ma Twoje imię” to powieść, przez którą nie przelatujemy lotem ptaka po przestworzach stronic, idziemy przez nią żwawym, acz odpowiednio wolnym krokiem, na tyle wolnym, aby wchłonąć całe jej przesłanie w siebie. • To powieść o poszukiwaniu...skarbu, jakim jest miłość, przebaczenie, spokój ducha. Skarbu, który może okazać się filarem życia. • To opowieść o definiowaniu szczęścia, co jest o tyle trudne, gdyż nigdy nie wiadomo pod jaką postacią się kryje. • To historia o ludzkich smutkach i cierpieniu, które towarzyszą każdemu, bez wyjątków, czasem w mniejszym lub w większym stopniu, ale zawsze. Autorka pokazuje, że tylko od nas samych zależy w jaki sposób przeżyjemy własne życie. Czy znajdziemy swoją własną ścieżkę, ku spełnieniu? Czy też będziemy błądzić po omacku, jak dzieci we mgle? • Jednocześnie bardzo obrazowo pokazuje, że absolutnie każdy ma szansę na poprawę własnego losu, a potrzeba do tego jedynie chęci i czasem odrobiny wsparcia ze strony bliskich osób, które podadzą nam dłoń, kiedy będziemy upadać, które podniosą nam głowę do góry i będą nas pionizować w walce z naszymi słabościami. Bo człowiek jest tylko człowiekiem. Każdy popełnia błędy, potyka się o wystające kamienie, ale ma też prawo do wyciągania wniosków i prawo do tego, by wygrzebać się z otchłani własnych porażek. Samozaparcie i wiara najbliższych są w stanie zdziałać wiele dobrego. Autorka, kilkakrotnie podkreśla, że równie ważne w tym wszystkim jest to, by uczyć się, wyciągać wnioski, nie popełniać znów w kółko tych samych błędów. • „Miłość ma Twoje imię” to również historia o miłości. Ilona Gołębiewska od samego początku pokazuje czytelnikowi, że to jest jedno z najważniejszych w życiu uczuć. Niezbędnych dla każdego człowieka. Nie zawsze dzieje się tak, że spotykamy ją na swej drodze od razu i potem już tylko „żyli długo i szczęśliwie”. Tego doświadczają naprawdę nieliczni wybrańcy losu. Najczęściej jest tak, że wędrujemy, poszukujemy, sprawdzamy i zawsze mamy nadzieję, bowiem „w życiu różnie bywa, także ze związkami. Chcemy być z kimś, bo mamy ogromną nadzieję, że nam się uda i będziemy szczęśliwi, a nie zawsze tak jest.” • No właśnie. Nie zawsze tak jest. Dotykają nas zdrady, kłamstwa a czasem i śmierć. Zostajemy ze zranionym, złamanym sercem i wydaje nam się, że już nic dobrego nas nie czeka. Przez całą powieść autorka na różne sposoby udowadnia czytelnikowi, że jest silny, że da radę, że pokona wszystko. Mimo bólu i pękniętego serca jest w stanie obudzić się, pewnego dnia i stwierdzić „mimo wszystko, jestem szczęśliwy”. Bo jak sama pisze: „Nie można w pięć minut wymazać złej przeszłości, ale można do niej nie wracać i próbować zacząć od nowa.” Ilona Gołębiewska, poprzetykała powieść mnóstwem dobrych słów, które budzą natchnienie i dodają siły. Podnoszą niczym dłoń najbliższego przyjaciela i mówią, „żeby o siebie walczyć, nie stać w miejscu, nie godzić się na kompromisy, nie dać się zranić”. Pilnować się i chronić swojej osobowości, a jednocześnie iść do przodu, robić to, co się kocha, spełniać się i być otwartym na ludzi. Ktoś powie: „jasne, do czasu, aż znów się nie przejedzie na innych” - i będzie miał rację, jak najbardziej. Autorka nie podaje prostego i sprawdzonego przepisu na odnalezienie miłości, przyjaźni czy szczęścia. Nim je odszukamy, czeka nas wiele rozczarowań, wiele łez i smutku. To wszystko prawda. Ale należy pamiętać o tym, że dzięki temu nasze życie nabiera wyrazu, nie jest bezbarwne, jest utkane z wielowymiarowego dotykania otaczającego nas świata. Nie poznając smutku i żalu, nie moglibyśmy doświadczyć w pełni szczęścia i radości. Dlatego należy zawsze być sobą i kierować się w życiu najwyższymi wartościami, a wówczas, mimo porażek i cierpienia, będziemy mogli odnaleźć wszystko to, czego w życiu poszukujemy. Ważne jest też, by otaczać się dobrymi osobami, tym złym przebaczyć, ale nikt nie wymaga od nas, by nadal byli w naszym życiu. • „Miłość ma Twoje imię” pomimo ogromnego ładunku emocjonalnego jaki w sobie zawiera, jest powieścią napisaną lekkim językiem, który trafia w sam środek serca. Autorka nie stosuje udziwnień ani poetyckich wywodów, zdecydowanie stawia na prostotę przekazu. Uświadamia nam delikatnie to, co jest najważniejsze, pokazuje różne scenariusze i ich konsekwencje. Dzięki temu poprzez swoją powieść swobodnie rozmawia z czytelnikiem, jak najbliższy przyjaciel, który daje dobrą radę, udzieli wskazówek, ale życia za nas nie przeżyje. A „żeby spokojnie żyć w teraźniejszości, trzeba rozliczyć się do końca z przeszłością”. I z taką myślą pozostanę w sercu. • „Miłość ma Twoje imię” otoczy Was ramionami jak najlepszy przyjaciel i okryje ciepłym kocem dobrych myśli, rozgrzeje Was ciężkimi przeżyciami, ale nie wypuści na zewnątrz, bez tętniącego wiarą i siłą serca. Skłoni Was do głębokich refleksji, zastanowienia się nad własnym życiem i zasadami jakimi się w nim kierujecie. • Niektórzy z Was zobaczą w bohaterach tej powieści własne lustrzane odbicia, inni zaś dojdą do wniosków, że może trzeba coś zmienić, aby było lepiej. • To lubię najbardziej w powieściach Ilony Gołębiewskiej! • Opuszczam strony książki, ale moje serce wypełnia ogrom natchnienia, pocieszenia i wiary.
  • [awatar]
    PrzeCzytajka
    „Do jutra w Amsterdamie” Agnieszki Zakrzewskiej weszła na rynek wydawniczy 15 lutego 2018 roku. Pierwsze co zwraca uwagę czytelnika to piękna okładka, nie da się jej nie zauważyć :) stary rower, kobieta w zwiewnej spódnicy siedząca na schodach kamienicy i kwiaty, które są jedną z pasji autorki (wydała wcześniej książkę o tematyce florystycznej), zwyczajnie czuć przygodą na kilometr. • Jakie przesłanie odkryłam w tej powieści? Co takiego autorka chciała przekazać swoim czytelnikom pisząc „Do jutra w Amsterdamie”? • „Do jutra w Amsterdamie” to powieść idealna na czerwiec. To okres kiedy studenci zaliczają ostatnie egzaminy w sesji, to również czas, w którym wiele osób zmienia swoje życie, otwierając nowe drzwi i idąc nieznanymi szlakami.Wyjazdy, wyjazdy, wyjazdy...na urlop, na wczasy, za pracą... • Tak też zaczyna się powieść – Aga, główna bohaterka wyjeżdża do Holandii, opuszcza swoje bezpieczne i znane środowisko w Polsce, wkracza do świata którego kompletnie nie zna. Nie zna języka, nie wie co ją czeka, nie zna tam nikogo, poza swoją siostrą, której niestety nie zastaje na miejscu. Szok! Sytuacja absolutnie nie do pozazdroszczenia. Aga musi stawić jej czoła, czy jej się to podoba czy nie. Z pomocą przychodzi jej Prosper – senegalczyk, któremu musi zaufać, bo to jedyne ogniwo łączące ją z zaginioną siostrą. • Autorka ma lekki sposób pisania, powieść dobrze mi się czytało i sprawiła mi ona wiele przyjemności, nie tylko za sprawą ciekawych zdarzeń, które miały miejsce, ale również dlatego, że Agnieszka Zakrzewska nie stroni od żartów i komizmu sytuacyjnego. Nie raz śmiałam się pod nosem, czytając o perypetiach Agi i z satysfakcją wizualizowałam sobie określone sytuacje. • W powieści znajdziecie również interesujący wątek kryminalny, który stanowi tło do pewnych wydarzeń z życia Julii – siostry Agnieszki i ukochanej Prospera. • Mimo, że akcja rozgrywa się na emigracji, nie zabrakło w niej rodzinnego, domowego ciepła. A duża dawka przyjaźni jaką nasączona jest cała powieść, sprawia, że czytelnika obejmuje pokrzepiające uczucie rodzące się w jego świadomości, że przyjaciół można znaleźć wszędzie, a ludzie w każdym kraju mogą stać się nam niesamowicie bliscy. Autorka podkreśla to bardzo wyraźnie, bo to co łączy ludzi to nie kraj, ten sam język czy tradycje – to zwyczajnie ludzka potrzeba przynależności do społeczeństwa, jego mniejszej lub większej grupy. A to z kolei dowodzi temu, że człowiek jako jednostka nie jest w stanie zajść tak daleko, jak przy pomocy innych. W moim odczuciu, autorka przemyciła tym samym twierdzenie, że otwartość na innych, dobre serce i bezi­nter­esow­ność­ potrafią przenosić góry, a Ci co nie są tego świadomi i widzą jedynie własny czubek nosa – nigdy nie osiągną pełni szczęścia i sukcesu. • Agnieszka Zakrzewska w swej powieści porusza wiele istotnych społecznych bolączek, są to między innymi: rasizm, bezrobocie zmuszające ludzi do emigracji, nieuczciwość zagranicznych pracodawców, a co za tym idzie jawny wyzysk ludzi, zahacza również w delikatnym stopniu o handel żywym towarem. To moim zdaniem podstawowe problemy, z którymi boryka się wiele państw bez znaczenia czy jest to Holandia, Polska, Anglia czy Niemcy, wszędzie można się z tym zetknąć w szerszym lub w węższym stopniu. To, że autorka porusza owe negatywne aspekty, sprawiło, że powieść nabrała rumieńców i realizmu. Dzięki temu czytając o trudnych warunkach mieszkaniowych i ciężkiej pracy emigrantów, czytelnikowi, który nigdy nie miał do czynienia z wyjazdem „za chlebem”, nie raz i nie dwa spadną klapki zaciągnięte na oczy. Bo przecież nie zawsze emigracja jest dobrowolną decyzją, często jest to podyktowane sytuacją życiową, która zmusza ludzi do szukania lepszego życia poza granicami państwa, ciężkiej pracy często nieadekwatnej z wykształceniem. Autorka zwraca dużą uwagę, na tęsknotę emigrantów za rodzinnymi stronami, jak bardzo utożsamiają się oni z własnymi korzeniami będąc na obczyźnie. Dopiero wówczas znaczenia nabiera to, co wcześniej było nieistotne. • „Do jutra w Amsterdamie” to także powieść o miłości – jej poszukiwaniu i utracie, o tym że przychodzi ona niespodziewanie, często spada na nas jak grom z jasnego nieba i równie często zostaje nam nagle odebrana z różnych względów. Nie ma sensu szukać jej na siłę, sama przyjdzie. Grunt to dostrzec ją w odpowiednim momencie i otworzyć się na nią, być jej wiernym na zawsze. Ogromnie ujęła mnie historia babci Annemarie i Etienne’a – tak po prawdzie to łzy miałam w oczach ilekroć poznawałam ciąg dalszy tej wielkiej nieskończonej miłości, która przejawiała się często w drobiazgach pełnych czułości i dobroci. • Autorka porusza również inne płaszczyzny tego uczucia, opowiada historię miłości rodzeństwa, które zrobi wszystko, by być razem. Mówi o miłości do przyjaciół – tak! nie mówię bynajmniej bez składu i ładu, przyjaźń to jedna z wielu twarzy miłości. Autorka snuje i wplata między wierszami także miłość do kraju, zarówno tego z którego pochodzimy, ale też tego który staje się często naszą drugą ojczyzną. Uświadamia czytelnikowi, że kraj urodzenia nie musi być jedyną ojczyzną świadomego i dojrzałego człowieka. Tam dom nasz, gdzie nasze serce. • „Do jutra w Amsterdamie” to również niezwykła podróż do stolicy Holandii. Za pomocą plastycznych opisów i szczegółowej, obrazowej perspektywy, możemy poznać Amsterdam. Autorka opisuje jego wady i zalety, bez przebarwień i zbędnych zachwytów. Czułam się tak, jakbym to ja przemykała rowerem po ulicami tego miasta i zaglądała w jego przeróżne zakamarki. • Autorka wplątała w dialogi holenderskie wypowiedzi – chociaż zwykle mnie to szalenie denerwuje w powieściach, to tym razem mi to nie przeszkadzało, było to wręcz interesujące doświadczenie, być może ze względu na specyficzność tego języka. • Powieść Agnieszki Zakrzewskiej to książka, którą, moim zdaniem, warto przeczytać. Nie jest sztampowa i nie jest przewidywalna. Jest pełna ciepła, humoru i z nutą tajemnicy. To wszystko razem sprawiło, że spędziłam przy tej lekturze kilka przyjemnych poranków i wieczorów. • Z chęcią sięgnę po drugą część przygód Agnieszki. Ciekawi mnie co będzie dalej. • Czy Aga wróci do Polski na stałe? • A może Stijn ruszy w pogoń za nią i zatrzyma ją przy sobie nim opuści granice Holandii? • Ciekawi mnie, czy spotkam ponownie przezabawnych braci Daltonów i uroczą Bożenkę? • Co dalej z Prosperem i Julką? • Jak poradzi sobie Jan bez Anneke, kiedy ta zajmie się swoją powiększoną rodziną? • Kochani, cóż mogę rzec...po prostu „Do jutra w Amsterdamie”.
  • [awatar]
    PrzeCzytajka
    „Biuro M” to już druga książka napisana w tandemie przez Magdalenę Witkiewicz i Alka Rogozińskiego. Poprzednia „Pudełko z marzeniami” przyniosło mi ogrom ciepłych emocji oraz mnóstwo dobrego humoru, a to z kolei równa wielkiej dawce endorfin. • Na końcu recenzji „Pudełka z marzeniami” (recenzja -> "Pudełko z marzeniami" ) wyraziłam swoje nieśmiałe życzenie, by napisali jeszcze jedną książkę w duecie, która byłby w sam raz na wakacje. • Kiedy zatem na światło dzienne wyszło, że ukaże się kolejna wspólnie napisana powieść buzia śmiała się sama. Marzenia się spełniają! A ja z radością i odwagą przekroczyłam progi „Biura M”. • On - życiowy pechowiec. Czego się nie tknie, zamienia w katastrofę. Na szczęście, zawsze może liczyć na pocieszenie w kobiecych ramionach. • Ona - kiedyś całkiem ładna dziewczyna, dziś ukryta pod kilkoma warstwami szaroburych swetrów i strasząca wiecznie naburmuszonym wyrazem twarzy. Nie wierzy w miłość i związki. Jedynym mężczyzną w jej życiu jest pozbawiony męskości kot. • Oboje zaczynają pracę w biurze matrymonialnym, prowadzonym przez szefową z piekła rodem. I choć wydaje im się, że ich zajęcie będzie miłe, proste, a nawet nieco nudne, to szybko przekonują się, że kojarzenie par to wyjątkowo trudne zadanie. I że można przy nim nie tylko przeżyć przygody jak z filmu grozy, to jeszcze nabrać wątpliwości, czy w dzisiejszych czasach romantyzm to coś więcej niż tylko hasło w słowniku... • „Biuro M” mieści się w Miasteczku. Tym razem poznajemy innych jego mieszkańców, chociaż nie brakuje postaci poznanych wcześniej, w ten sposób ponownie spotykamy – np. panią Wiesię, Malwinę i Michała prowadzących restaurację „Nad świętym Ekspedytem” oraz rezolutną i mocno wygadaną Kalinkę. • Nowi bohaterowie wiodą jednak prym w tej powieści. Są skrojeni idealnie, nie brak im zalet, ale mają również mnóstwo wad i problemów. Często najpierw działają, a dopiero potem myślą, co wpędza ich w zabawne perypetie i równie często pakuje ich w tarapaty. • Głównymi postaciami są: Basia – właścicielka zblazowanego kota Puszysława, która chowa się przed światem mężczyzn pod warstwami szerokich ciuchów i sierścią czworonoga, oraz Jacek – życiowy pechowiec, taki, co to ledwo się czegoś tknie a już ambaras wisi w powietrzu. • Przez „Biuro M” przewija się jeszcze wiele barwnych postaci, które nadają tej książce niesamowitego klimatu. Jest romantycznie, nostalgicznie i komicznie. Pan Waldemar od ziółek skradł moje serce, wróżka Nasiha – jest niesamowita :), natomiast słowne potyczki tych dwojga są doprawdy wyjątkowe i nie sposób się nie śmiać. A do kompletu jest jeszcze Krystyna – ekscentryczna właścicielka tytułowego „Biura M”. • Magdalena i Alek stworzyli po raz kolejny istną plejadę postaci, które są niesztampowe, wyjątkowe a jednocześnie są tak bardzo ludzkie i swojskie, że odnosiłam wrażenie, że jak tylko wyjdę z domu, to za rogiem mogę przez przypadek wpaść na którąś z nich, i nie byłoby w tym nic dziwnego. • „Biuro M” jest przepełnione ciepłem i bardzo dobrym humorem, jest pełne dystansu do świata i ludzi, z przymrużeniem oka traktuje fatalne zbiegi okoliczności, a i potrafi nie raz spaść na cztery łapy niczym kot. • Duet autorski – jak widać potrafi zdziałać cuda, oboje nie oszczędzają swoich bohaterów, sprawiają, że ich życie nie biegnie bynajmniej prostą drogą. A robią to w tak przeuroczy i zabawny sposób, że nie da się od książki odejść. Śmiałam się do łez, miałam niekontrolowane wybuchy głośnego śmiechu, ale i powzruszałam się wiele razy, przeżywając wewnętrzne smutki bohaterów. • Czytelne było dla mnie zacięcie kryminalne Alka – nie byłby sobą, gdyby afery grubej nie stworzył, a znajdziecie ich kilka w tej książce. Nikt wprawdzie nie został zamordowany (zapewne dzięki Madzi), ale czasem bywało o włos od tragedii. • Wpływ Magdaleny również jesteśmy w stanie wyczuć, przede wszystkim wszechobecna strzała amora, która chociaż nie bez przeszkód, koniec końców znajduje drogę do kilku serc. Możecie zatem liczyć na szczęśliwe zakończenie, aczkolwiek co poniektórzy dostali porządną nauczkę :P (czego najpewniej dopilnował Alek). • „Biuro M” to powieść po brzegi naładowana dobrą energią i przezabawnymi sytuacjami, pełna dobrych myśli i otulająca magiczną nutą cudownego nastroju. • Ta lekka lektura fantastycznie uprzyjemni Wam zbliżający się wakacyjny czas. • Jest idealna na letnie wieczory w ogrodzie, na plażę i nawet na długa jazdę pociągiem (zwłaszcza tam przyda się Wam tak olbrzymia dawka hormonów szczęścia). • Stałych bywalców Miasteczka, na powrót do tej małej miejscowości nie muszę specjalnie namawiać, wiem że nie odmówią sobie tej przyjemności! :) • Jeśli jednak nigdy tam nie byliście – to wybierzcie się koniecznie! • Poznacie mnóstwo przesympatycznych osób! • No i odwiedźcie „Biuro M” - może i Was w tym roku dopadnie strzała kupidyna! :)
Ostatnio ocenione
1 2 3 4 5
...
26
  • Uwierz w miłość Calineczko
    Sońska, Natalia
  • Pokuta
    Czornyj, Maksymilian
  • Pokój kołysanek
    Socha, Natasza
  • Magia grudniowej nocy
    Gargaś, Gabriela
  • Trzy życzenia
    Michalak, Katarzyna
  • Randka pod jemiołą
    Olejnik, Agnieszka
monia2066
Autorka w swojej pracy w nowatorski sposób podjęła się omówieniu zagadnienia, w jaki sposób kultura odpowiedziała na przebieg modernizacji na terenach Rosji i Iranu przełomu XIX i XX wieku. • W swej wnikliwej rozprawie zajęła się szerokim spektrum problemów. Głównym zamiarem badaczki było uwidocznienie zarówno wspólnych cech, jak i różnic w przemianach obu państw. Ukazała podobieństwa w początkowej reakcji kultury rosyjskiej i irańskiej na kulturę zachodnią – fascynację nią, a jednocześnie pragnienie niezależności i przywiązanie do tradycji. • Skupiła się przede wszystkim na badaniach nad inteligencją rosyjską i irańską, rozważała, jak rosyjska literatura wpłynęła na rozpowszechnianie idei wolności oraz jaki miała wpływ na rozmaite sfery życia społecznego. • Omówiła m. in. zagadnienia kultury i języka, ukazała grupy kulturotwórcze jako konkretne zjawisko na tle abstrakcyjnego fenomenu kultury, postawiła pytania o istotę języka i jego rolę w kulturze. Zajęła się analizą problemową wybranych zjawisk zachodzących w omawianych państwach, snuła rozważania o pierwszym symbolu identyfikacji grupowej społeczeństwa, oceniła rolę prekursorów idei indywidualizmu w Iranie i Rosji, dokonała także interesujących porównań i podsumowań. • Celem autorki było przede wszystkim przedstawienie, w jaki sposób kultury „komunikują się”, jak przebiega dialog między ludźmi, należącymi do różnych kultur oraz jakie są i mogą być skutki dobrego lub złego zrozumienia partnera w dialogu. • Opracowała : Barbara Misiarz • Publiczna Biblioteka Pedagogiczna w Poznaniu
foo