Strona domowa użytkownika

Zawiera informacje, galerię zdjęć, blog oraz wejście do zbiorów.
[awatar]
majuskula
Najnowsze recenzje
1
...
34 35 36
...
44
  • [awatar]
    majuskula
    Sztuka ludowa ma wiele odcieni. Ilu ludzi, tyle inspiracji. Każdy kraj interpretuje ją inaczej, co może być bodźcem do naprawdę ciekawych dyskusji. Literatura i teatr garściami czerpią z takiej tematyki, a rozwój gatunków można z zafascynowaniem obserwować przez całe lata. Czasem zagadnienie niełatwo poddać definicji, ale próby otwierają oczy. • Volksstück — niemiecki termin, który kryje za sobą dużo znaczeń, ale ich odkrywanie nie jest w Polsce zbyt popularne. Dosłownie tłumaczymy go jako „sztukę ludową”, jednak to wyrażenie mało konkretnie określa sens całości. Doktor Monika Wąsik przybliża fascynującą historię Volksstück, skupiając uwagę na początkach, nie zapominając o teraźniejszości. Autorka pokazuje wpływ sytuacji politycznej i społecznej na gatunek i jego ewolucję. Analizuje zjawisko, dokładnie pochylając się nad każdym momentem przełomowym dla twórców. Publikacja jest zmienioną w pewnych aspektach wersją pracy doktorskiej, przygotowanej pod opieką profesor Małgorzaty Leyko. Wąsik w ciągu ostatnich lat prowadziła wnikliwe badania nie tylko w Polsce, lecz też w Niemczech oraz Austrii. • Muszę się przyznać, co nie przynosi wstydu — sięgając po tę pozycję, kompletnie nie wiedziałam, czego się spodziewać. Naturalnie, opis rozjaśnił mi umysł, ale nadal było trudno cokolwiek wyłuskać. Prowadziłam krótkie poszukiwania w Internecie, zanim zaczęłam czytać książkę. Niespodzianka, ciężko coś znaleźć. Lektura napawała lekką obawą, zupełnie szczerze. Sądziłam, że mnie przerośnie, kompletnego laika w poruszanej dziedzinie. Przygodę z Volksstück rozpoczęłam w dość niedogodnym miejscu, bo autobusie. I prawie przegapiłam swój przystanek. Spodziewałam się wszystkiego, oprócz takiego zaangażowania z mojej strony. Wielkie ukłony w stronę autorki, to rzadkie, gdy można zaciekawić człowieka nieobeznanego w danym zagadnieniu. Nastawiłam się na mnóstwo naukowych wyrażeń, na długie chwile spędzone nad słownikiem. Kolejne zaskoczenie, Monika Wąsik pisze w sposób przystępny dla każdego, zarówno studentów (na przykład teatrologii), jak i czytelników zwyczajnie pragnących poszerzyć horyzonty. • Pochodzę z terenów przesiąkniętych kulturą niemiecką, ze względów historycznych. Dlatego całkiem dobrze ją znam, ale czy rozumiem? Książka Wąsik uświadomiła mi, że nie do końca. Jeśli mowa o Volksstück, to trzeba pamiętać, iż mamy do czynienia ze zjawiskiem oryginalnym, wywodzącym się z korzeni absolutnie różnych od polskiej sztuki ludowej. Tych dwóch kontekstów nie wolno porównywać, to z góry skazane na porażkę. Niem­ieck­ojęz­yczn­e „dramaty ludowe” istnieją na naszej rodzimej scenie, aczkolwiek mało mają wspólnego z tradycją. Widz nie byłby w stanie dokładnie zrozumieć wszystkich niuansów, do tego potrzebne byłoby przełożenie sensu na polskie realia. Wówczas istota zostałaby stracona. • Wielu autorów zgadza się w jednym: klarowne zdefiniowanie Volksstück przysparza kłopotów. To gatunek elastyczny, nadający społecznym zjawiskom ramy, lecz sam bezgraniczny. Powstał z chęci konfrontacji z rzeczywistością, przedstawiając ją jako rozrywkę i komentarz bieżących wydarzeń — równocześnie. Niezmieniona pozostaje wyłącznie nazwa, bo rozwój ciągle trwa. Wynika on z uwarunkowań politycznych, historycznych, również ekonomicznych, a jak wiemy, te przybierają nowy kształt. Sięgnięcie tylko po tekst którejś sztuki na niewiele się zda, ponieważ w tej samej chwili musimy ujrzeć obraz danych problemów. • Powinnam garść słów poświęcić samemu wydaniu, a ten aspekt zasługuje na uwagę. To opracowanie niesłychanie dbałe w szczegóły, w formie i treści. Podzielono je na trzy duże części, zawierające w sobie rozdziały oraz podrozdziały. Tak zatytułowane, iż bez problemu można odnaleźć konkretne zagadnienie. Ogromnym ułatwieniem jest indeks osobowy. Zawsze go szukam w swoich egzemplarzach, dotyczących różnorakich dziedzin, gdyż podczas robienia notatek często wpada mi do głowy czyjeś nazwisko. Obszerna bibliografia to dalsza pomoc. Już zdążyłam zaznaczyć pewne pozycje, a jak wspominałam, Internet dość po macoszemu traktuje Volksstück i Volkstheater. Pomijając parę artykułów, między innymi ten na Wikipedii. • Zdecydowanie przyznaję, że publikacja Moniki Wąsik mnie zaskoczyła, bardzo pozytywnie. Niezwykle frapująca tematyka, która sprawiła, iż otworzyłam się nowe zainteresowanie. Chciałabym w przyszłości rozwinąć wiedzę w dziedzinie Volksstück, a przy okazji zachęcić do tego kilka bliskich osób. Tymczasem, rekomenduję to wszystkim ludziom czytającym mą recenzję. Znakomita książka, nie będziecie zawiedzeni.
  • [awatar]
    majuskula
    Wiele osób myśli, że idealnie potrafi udawać twardsze niż w rzeczywistości. Chowają się za fasadą zbudowaną z opryskliwości i niechęci. Ich poza zazwyczaj wynika z odniesionych w przeszłości ran. Czy do końca życia można zachowywać się jak aktor? Czy warto zrzucić maskę? • Frankie jest bardzo konkretnym człowiekiem. Kompletnie nie wierzy w romantyzm, wieczne zakochanie. Śluby ją denerwują. Bywa oschła, nie lubi wylewności. Lecz to pozory. Jej wnętrze kipi od emocji, które narastają w niej już od lat. Jako nastolatka przez wiele ciężkich sytuacji. Rozwód rodziców, opieka nad załamaną matką. To odcisnęło duże piętno na młodym umyśle. Dziewczyna trzyma wszelkich adoratorów na dystans. Mimo specyficznego charakteru, ma przyjaciółki. Brat jednej z nich, Matt, okazuje Frankie szczególne uznanie. Znają się od dzieciństwa i lubią. Właśnie — czy tylko „lubią”? Matt jest cierpliwy i wie, że miłość wymaga poświęceń. Natomiast Frankie ciągle walczy ze swoimi demonami, próbując rozbić mur, który budować pomogli jej rodzice. Jakie są szanse, aby tych dwoje skutecznie zawalczyło? • Uwaga, pora na odrobinę klasyki z mojego własnego gatunku. Po raz kolejny rozpoczynam przygodę z jakąś serią, ale od środka. Jestem dość nierozważna, jednak przestałam się tym przejmować, bo zauważyłam, że to nie jakaś wielka przeszkoda, a w pewnym sensie może zachęcić do poznania całości. Dlaczego sięgnęłam po tę książkę? Przyznam, iż zainspirowała mnie główna bohaterka. Wyczułam jakieś podobieństwo do Eleanor Oliphant. Może kojarzycie tę postać? Jeżeli tak, to raczej się ze mną zgodzicie. Opis i szata graficzna również miały spory wpływ na wybór, więc zaryzykowałam. Właściwie, nie mogę narzekać. Nie jest to lektura wybitna, lecz spędziłam nad nią miły czas, zaciekawiła, spełniła swoją rolę. Poszukam poprzedniego tomu, jego recenzje wydają się być dobre. Z przyjemnością skompletuję wszystkie części, a z tego, co wyczytałam, to do tej pory pojawiło się ich w sumie sześć. • Styl autorki charakteryzuje duża lekkość. Nie znajdziemy tu przedłużanych opisów, rozwlekania każdego fragmentu. Akcja toczy się szybkim rytmem, nie sposób złapać się na ziewaniu. Sądzę, że każdy miewa momenty, gdy ma ochotę spędzić wieczór w spokojnej atmosferze. Przyjemna lektura. Przewidywalna, ciężko mi stwierdzić, czy należy zaklasyfikować to w kategoriach wad. Świadomość dalszego ciągu nie odebrała mi radości z czytania, śledziłam fabułę z zain­tere­sowa­niem­. Aczkolwiek rozumiem, iż osoby rozmiłowane w powieściach podobnych do tej, mogą czuć jakiś niedosyt. Istnieje szablon, którym kierują się pisarze, prosty do wychwycenia. Jednak nie trzeba na siłę szukać oryginalności, jeżeli może to zaszkodzić. • Praca Frankie jest związana z branżą ślubną, co uznałam za zabawny zabieg, w pozytywnym znaczeniu, oczywiście. Obraca się wokół tego, czym pogardza. Stwierdzam, iż Sarah Morgan umie dobrze operować poczuciem humoru. Jakoś podniosła mnie na duchu, mimo troszkę bajkowej otoczki. Przyjaciele głównej bohaterki i sam Matt są dość wyidealizowani. Zawsze do usług, pełni rad, zrozumienia. Nie uważam, aby tacy ludzie istnieli w realnym świecie, ale pragnę w to uwierzyć. Chyba na tym polega rola postaci na wskroś empatycznych — zdecydowanie sieją ziarenko nadziei. • Spodobał mi się zgrabnie wpleciony wątek psychologiczny. Niezbyt nachalny, lecz da się go łatwo zauważyć. W Frankie wiele kobiet zobaczy siebie. Jej problemy w nawiązywaniu relacji wzięły się z trudnego dzieciństwa, lęk przed zbliżeniem do mężczyzny. Poddano ją swoistemu praniu mózgu, matka przerzucała na córkę własne lęki. Dlatego przeszłość ciągle towarzyszy, jak ogon. Stąd ukrywanie za okularami, chociaż Frankie tak naprawdę ich nie potrzebuje. Trochę żałuję, że autorka głębiej nie wniknęła w tę sytuację i jej dalsze konsekwencje, powierzchownie podchodząc do tematu. Ale zdaję sobie sprawę z faktu, iż wówczas mielibyśmy od czynienia z zupełnie inną książką, bardziej obyczajową. • „Zachód słońca w Central Parku” to książka zwyczajnie przeurocza. Ujmująca. Z pewnością wzbudzi uśmiech na Waszej twarzy. Prosta, lecz nie prostacka, idealna na wolne popołudnie, gdy pragniemy się odstresować. Myślę, że powieści w takim stylu potrafią zauroczyć. Wzruszające, zabawne, sporo w nich dobrych refleksji. Wyczekana filiżanka smacznej herbaty, zasłużony relaks z Sarah Morgan. Recepta na udane chwile!
  • [awatar]
    majuskula
    Poezja przybiera różne twarze. Bywa pełna humoru, bywa melancholijna. Ale zawsze sprawia, że jej twórca odczuwa swoistą ulgę. Nie ma nic lepszego od chwili, gdy zaczyna rozumieć moc słów. To forma autoterapii, ogarniająca także czytającego i tak czarująca, iż chce się ciągle do niej wracać… • Halina Poświatowska jest bez wątpienia jedną z najbardziej popularnych polskich poetek. Niestety, wiele osób kojarzy ją przede wszystkim za sprawą jej tragicznego losu. Od dzieciństwa chorowała na serce, a wada ta była przyczyną wzrastania w Halinie wrażliwości. Szybko została wdową, zaledwie po dwóch latach małżeństwa. Później wdawała się w romanse, zazwyczaj krótkotrwałe i osłabiające wątłe zdrowie. Rozczarowania konsekwentnie przelewała na papier, marząc o coraz dojrzalszym uczuciu. Szpitale były dla niej niczym drugi dom. Pobyt w Stanach Zjednoczonych zaowocował wręcz filmowymi sytuacjami, prawie gotowym scenariuszem. Zmarła młodo, pozostawiając po sobie mnóstwo wyjątkowych wierszy. Ich zbiór pomaga lepiej dotrzeć do głębi Poświatowskiej, zrozumieć spojrzenie na sporo spraw. Cudowny kawałek poezji, który wciąż porusza kolejne pokolenia. • Niekiedy ludzie lekko otwierają usta ze zdziwienia. Uważają, iż mam „umysł nastolatki”. Mówią to z lekkim rozbawieniem, choć czasami próbują pojąć, a ja cierpliwie otwieram ich na piękno poezji. Musicie uwierzyć — nie przesadzam. Zawsze cieszy mnie, jeśli spotykam ludzi podzielających w tym temacie mój gust, ale jeszcze większą radość daje mi własnoręczne „wciągnięcie” kogoś w zdrowe uzależnienie. Wiersze są intymne, pomagają poznać drugiego człowieka, jego preferencje, opinie, wrażliwość. Najpierw bardziej odpowiadała twórczość mężczyzn, to z nią zaczynałam swoją przygodę, lecz z biegiem czasu spotkałam wspaniałe autorki. I do tego kanonu należy Halina Poświatowska. Natychmiastowo podbiła moje serce. Miewam takie okresy, gdy czytam ją, tylko ją, przeżywam wszystko na nowo, odkrywając miliony warstw. Tiulowych — tak mi się kojarzyła. Różowy tiul. Teraz to burgundowy jedwab, co podkreśla głębię. • Już od dawna przymierzałam się do kupna własnego tomiku. Ale bez przerwy coś stawało mi na drodze. A to okładka brzydka, a to zapomniałam, a to nie byłam pewna, po który zbiór sięgnąć. Finalnie się udało! Cudowna niespodzianka. Muszę przyznać, że mój nowy egzemplarz trochę poleżał. Przekartkowałam go, odłożyłam na kilka dni, ponieważ stwierdziłam, iż potrzebuje odpowiedniej oprawy. W końcu poczułam — oto dobry moment. Zniknęłam na parę godzin, otoczona wyłącznie słowami Haśki (tak nazywali ją bliscy, również uwielbiam tę formę zdrobnienia imienia). Chciałam zaopatrzyć się w ołówek, podkreślić najpiękniejsze wyrażenia, jednak szkoda było mi niszczyć kartki. • Na uwagę zasługuje nowe wydanie. Wielkie ukłony za to, iż tym razem na okładce przedstawiono zdjęcie Haliny, bo z tego, co kojarzę, to poprzednio pozowała jakaś modelka. Książkę podzielono na pięć części. Pomocne przy szukaniu ulubionych fragmentów. W oczy rzuca się dość spory druk. Osobiście lubię, jeżeli jest właśnie takiej wielkości i nie trzeba szukać literek z lupą. A zapewniam, spotykałam się już z takim zabiegiem. Wzruszającym doświadczeniem było przeczytanie napisanego przed laty wstępu. Stworzył go Jan Zych, poeta, dokonał też wyboru wierszy. • Właściwie, stworzenie tej recenzji sprawia mi pewne trudności. Nie umiem dobrze polecić talentu Haliny, chociaż próbuję. Desperacko pożądała życia, tym kipią jej utwory. Erotyzmem, delikatnością, emanują kobiecością. Kiedyś myślałam, że chciałabym mieć taką przyjaciółkę. Teraz? Nie wiem. Raczej onieśmielałaby mnie tą zmysłowością, jeszcze mi do niej daleko, ale aspiruję do wyłuskania najlepszych cech Haśki, do nauczenia się ich. Jej życiowe doświadczenia wpłynęły na ten fenomen. „Jestem Julią”, to chyba utwór na wskroś uniwersalny, swoisty hymn mnóstwa Polek. Nadal mój ulubiony. Wydaje się prosty, lecz ma w sobie całą gamę emocji. Wiele z nas czuło się tak, jak podmiot liryczny. Może się utożsamić. • Wiersze Haliny są po prostu urzekające. Ten tomik rekomenduję wszystkim osobom, które chciałyby lepiej poznać twórczość Poświatowskiej, zaprzyjaźnić z poezją, a wcześniej nie miały ku temu okazji. Jesień to idealna pora, aby usiąść spokojnie pod kocem, przy zapalonej lampce i dać się ponieść magii słów. Gwarantuję, że będziecie zachwyceni. Zbiór będzie też idealnym prezentem dla przyjaciółki, siostry, mamy. To utwory ponadczasowe!
  • [awatar]
    majuskula
    Rodzice zazwyczaj wspierają swe dzieci, chronią przez złem świata. Niestety, często bywa, że to właśnie najbliżsi stają się potworami. Konsekwencje ich decyzji mogą zadawać rany, które nie są w stanie się zagoić, choć upływają kolejne miesiące. Czy można pokonać przeszłość i uratować to, co jeszcze istnieje? • Rok 1929. Clara Cartwright ma osiemnaście lat i próbuje pogodzić ze samobójczą śmiercią swojego brata. Konflikty między nią i rodzicami narastają. Relacje w rodzinie dodatkowo się komplikują, gdy Clara zaczyna czuć coś więcej do włoskiego imigranta, Brunona Morettiego. Mimo problemów, zakochana Cartwright liczy na pozytywne rozwiązanie wszystkich spraw. Nie docenia możliwości swego ojca. Rozsierdzony krnąbrnością córki umieszcza ją w prywatnym szpitalu psychiatrycznym. Wkrótce nadchodzą problemy finansowe, a Clara zostaje przeniesiona do innego ośrodka — Willard. Samo sedno piekła. Rok 1995. Isabelle Stone niedługo skończy osiemnaście lat. Od dłuższego czasu tuła się po rodzinach zastępczych. Jej matka zamordowała ojca, o co Isabelle ma ogromny żal. Dziewczyna trafia do kolejnych ludzi. Pewnego dnia Izzy pomaga przybranej matce w porządkowaniu zbiorów należących do lokalnego muzeum. Są to głównie walizki ze starego szpitala psyc­hiat­rycz­nego­. Izzy dokonuje niezwykłego odkrycia — znajduje listy opisujące historię Clary… • Zanim sięgnęłam po tę książkę, to najpierw zrobiłam małe śledztwo i poszukałam w Internecie informacji o autorce. Doszłam do wniosku, że jej twórczość przypadnie mi do gustu. Ellen Marie Wiseman przepada za Stephenem Kingiem i Anne Rice, a ta ostatnia jest jedną z moich ukochanych pisarek. Tym samym, postanowiłam przeczytać „To, co zostawiła”. Wyrobić sobie opinię, a oczekiwania miałam naprawdę duże. Usiadłam z egzemplarzem w słonecznym ogrodzie — zniknęłam aż od wieczora. Przyznam, że jestem dość zaskoczona. Spodziewałam się, iż powieść może wywrzeć na mnie dobre wrażenie, ale nie byłam przygotowana na taki wulkan emocji. Uwielbiam momenty, gdy zaczynam dostrzegać realną więź z bohaterami, chociaż potem to odchorowuję, ciągle analizując dane sytuacje i marząc o innych zakończeniach. Z pewnością znacie ten ból. Jednak warto go przeżywać, zwłaszcza ze świetną literaturą! • Akcja dzieje się dwutorowo. Nikt nie powinien mieć kłopotów ze zrozumieniem fabuły, ponieważ poszczególne rozdziały są jasno nakreślone. Historia Isabelle wydała mi się być ciekawa, ale to Clara podbiła moje serce! Przeglądałam opinie różnych osób i widzę, że to dosyć powszechne. Przez chwilę myślałam, iż lepiej byłoby, gdyby Wiseman poświęciła książkę wyłącznie Clarze. Lecz szybko porzuciłam absurdalny pomysł. Izzy jest niezbędnym ogniwem, nadającym całości sens. Choć jej życiorys wydaje się być mniej frapujący, to zdecydowanie nie można stwierdzić, iż nie potrafi wzruszyć. Współczułam tej dziewczynie. Wielką sympatię wzbudzają ostatni rodzice zastępczy — wspaniali ludzie, pełni empatii. • Największą zaletą pisarstwa Wiseman jest jej umiejętność zaciekawiania. Otoczka tajemnicy, a pozorny finał przynosi kolejne pytania. W ten sposób trudno oderwać się od książki, jak najszybciej pragniemy dotrzeć do sedna. Nie umiem scha­rakt­eryz­ować­ samego stylu. Nie wyróżnia się niczym poetyckim, lecz w kwestii tego typu literatury nie to świadczy o braku jakości. Oczywiście, nie twierdzę, że autorkę trzeba nazwać „grafomanką”! Wręcz przeciwnie. Czasem ładunek emocjonalny znaczy więcej od techniki, z takim czymś mamy do czynienia w tym przypadku. Liczę, iż Wiseman stanie się popularna w Polsce, bo zasłużyła. Pisanie sprawia jej przyjemność. To czuć. • Szokujące, że taka opowieść mogła zdarzyć się w rzeczywistości. Po świecie chodziło mnóstwo kobiet takich, jak Clara. Zupełnie zdrowych, ale odciętych od normalnego życia, ponieważ zrobiły coś, co nie odpowiadało innym. Ba, nie chodzi tylko o prze­dsta­wici­elki­ płci żeńskiej. O wszystkich. Poddawano tych ludzi wymyślnym metodom „leczenia”, które z nauką miały mało wspólnego. Właśnie przez „doktorów”, często sadystycznych, tracili zmysły i szansę na powrót do cywilizacji. Inaczej tego określić się nie da. Tematyka starych szpitali psyc­hiat­rycz­nych­ interesuje mnie od dawna, ale dopiero dzięki autorce dowiedziałam się o projekcie „Willard Asylum Suitcases”. Mnóstwo walizek kryjących w sobie cudze wspomnienia. Zachęcam Was do poczytania. • „To, co zostawiła” jest książką niezwykle wzruszającą, która sprawi, że długo będziemy myśleć o losach bohaterów. Sama poczułam się z nimi bardzo związana, szczególnie z często wspominaną Clarą. Powieść Wiseman powinna zauroczyć miłośników fabuł tajemniczych, acz romantycznych oraz skłaniających do refleksji. Chętnie zgłębię się w twórczość autorki, bo już wiem, że zdecydowanie trafia w moje ulubione klimaty.
  • [awatar]
    majuskula
    Zazwyczaj pragniemy rodziny spokojnej, wspierającej się w trudnych chwilach. Osób, które będą wzorem, chcemy dzielić z nimi wyłącznie przyjemne sekrety, poruszane przy filiżance herbaty i cieście. Niestety, życie często weryfikuje nasze marzenia — czy można odbudować więzi? • Siostry i brat. Spotykają się w starym domu dziadków, aby spędzić tam trzy tygodnie wakacji. Ostatni raz, ponieważ budynek zostanie w końcu sprzedany. Angielska wieś, sielskie otoczenie. Mnóstwo wspomnień z dzieciństwa, gdy przywoziła ich tu matka, chcąc opuścić ojca. A miała ku temu powody. Urlop, mający być idylliczny, staje się dość nieprzewidziany. Alica pojawia się z Kasimem, dwud­zies­tole­tnim­ synem jej byłego partnera. Chłopakowi wpada w oko Molly, nastoletnia córka Rolanda. On sam ciągnie za sobą trzecią żoną, której reszta rodzeństwa zdaje się nie lubić. Harriet dociera na miejsce sama, lecz nie spodziewa się, co ją spotka. Natomiast mąż Fran jest zbyt zajęty, by jej towarzyszyć, więc kobieta zabiera tylko potomków, Ivy i Arthura. Wszyscy mają swoje tajemnice, niekoniecznie pozytywne, skrywane namiętności. Niew­ypow­iedz­iane­ słowa wiszą w powietrzu… • Tak naprawdę nie miałam wobec tej książki oczekiwań. Opis mnie zaciekawił, ale na się nastawiałam? Trudno było mi określić. Dlatego podeszłam do całości bez fajerwerków i uprzedzeń. Sądzę, że wyszło mi to na dobre, bo aktualnie jestem wręcz pewna, iż to rodzaj literatury, który nie pozostawia czytelnika obojętnym. Albo się go szczerze polubi, albo pozostawi rozczarowanie. Doskonale rozumiem, że sporo osób zalicza się do tej drugiej kategorii. Tessa Hadley to pisarka specyficzna, w każdym aspekcie. Jeszcze nie sięgałam po inne jej publikacje, lecz mogę sobie je wyobrazić. Oniryczna atmosfera — główny atut tej twórczości, może być równocześnie wadą. Ja sama troszkę zauroczyłam się w „Przeszłości”, chociaż trzeba mieć ku temu odpowiedni nastrój. Chciałabym poznać resztę książek autorki, do tej pory w Polsce wydano też „Bliżej siebie”, posiadającej polski wątek. • Z góry zaznaczam, że miłośnicy wartkiej akcji nie spłoną w zachwycie. Hadley dawkuje wydarzenia, każde dokładnie rozkładając na czynniki pierwsze, najwięcej miejsca pozostawiając przemyśleniom. Wielu poczuje znudzenie po kilkudziesięciu stronach. Mnie taka proza przypadła do gustu, ponieważ akurat potrzebuję powieści skupiających się przede wszystkim na uczuciach. Fabularnie krążymy między retrospekcjami i współczesnymi rozterkami. Obserwujemy rozwój charakterów, do którego wystarczyło ledwo kilka tygodni. Widzimy sytuacje będące fundamentem dla pewnych zachowań. Wydają się banalne: osamotnienie, wychowywanie własnych latorośli, wzbudzanie sympatii i antypatii. Lecz są to rozterki dotyczące różnych ludzi. I właśnie oni mogą zobaczyć siebie w każdym zdaniu. • Tessa Hadley pisze w ładny sposób. Oto najo­dpow­iedn­iejs­ze określenie. „Ładny”. Z detalami opisuje elementy ubrań, kwiaty, wnętrza. I ten aspekt raczej znuży, jeżeli ktoś wolałby więcej konkretów. Nie spodziewajcie się też dramatu, hektolitrów wylanych łez, bijatyk oraz omdleń. Najciekawszy fragment dotyczy Ivy i Arthura, którzy znudzeni natrafiają na stary dom. Wówczas zaczynają dzielić ze sobą to odkrycie, mające wpływ na młodziutkie umysły. Przyznam, że z tego jednego wątku mogłaby powstać zupełnie odrębna powieść. Warto wykorzystać tak ciekawy pomysł, bo poniekąd został urwany. • Każdy z bohaterów jest inną osobowością, choć żaden specjalnie nie wyróżnia. To pewien problem i odnoszę wrażenie, iż autorka rzeczywiście ich polubiła i nie była w stanie żadnego sportretować w formie ewidentnie negatywnej. Pojmuję ich zachowania, ale z żadną postacią się nie zżyłam na tyle, aby mi jej brakowało po skończeniu lektury. Te wzajemne relacje są bardziej frapujące niż oni sami. Jednocześnie muszę przyznać — gdybym musiała wybierać, to za najlepiej stworzoną uznałabym Jill, matkę rodzeństwa. Historia zaciekawia, zwłaszcza biorąc pod uwagę fakt, że wychowywała dzieci w latach sześ­ćdzi­esią­tych­. Dobrze pochylić się nad tym rozdziałem, Jill jest wielowymiarowa. Inni wypadają na jej tle dosyć „płasko”. • „Przeszłość” to książka pełna nostalgii. Idealnie sprawdzi się jakiegoś jesiennego popołudnia, gdy chcemy wspomnieć lato, zakopani pod kocem. Jeśli nigdzie nie musimy wychodzić, możemy pozwolić sobie na długą lekturę, relaksującą, niewymagającą przesadnego zaangażowania emocjonalnego. Czasem mam sporą ochotę na taki klimat, toteż zapewne wrócę do mojego egzemplarza, jeszcze raz poznając bohaterów.
Planowane i pożądane pozycje
Brak pozycji
CheshireCat
Autorka w swojej pracy w nowatorski sposób podjęła się omówieniu zagadnienia, w jaki sposób kultura odpowiedziała na przebieg modernizacji na terenach Rosji i Iranu przełomu XIX i XX wieku. • W swej wnikliwej rozprawie zajęła się szerokim spektrum problemów. Głównym zamiarem badaczki było uwidocznienie zarówno wspólnych cech, jak i różnic w przemianach obu państw. Ukazała podobieństwa w początkowej reakcji kultury rosyjskiej i irańskiej na kulturę zachodnią – fascynację nią, a jednocześnie pragnienie niezależności i przywiązanie do tradycji. • Skupiła się przede wszystkim na badaniach nad inteligencją rosyjską i irańską, rozważała, jak rosyjska literatura wpłynęła na rozpowszechnianie idei wolności oraz jaki miała wpływ na rozmaite sfery życia społecznego. • Omówiła m. in. zagadnienia kultury i języka, ukazała grupy kulturotwórcze jako konkretne zjawisko na tle abstrakcyjnego fenomenu kultury, postawiła pytania o istotę języka i jego rolę w kulturze. Zajęła się analizą problemową wybranych zjawisk zachodzących w omawianych państwach, snuła rozważania o pierwszym symbolu identyfikacji grupowej społeczeństwa, oceniła rolę prekursorów idei indywidualizmu w Iranie i Rosji, dokonała także interesujących porównań i podsumowań. • Celem autorki było przede wszystkim przedstawienie, w jaki sposób kultury „komunikują się”, jak przebiega dialog między ludźmi, należącymi do różnych kultur oraz jakie są i mogą być skutki dobrego lub złego zrozumienia partnera w dialogu. • Opracowała : Barbara Misiarz • Publiczna Biblioteka Pedagogiczna w Poznaniu
foo