Strona domowa użytkownika

Zawiera informacje, galerię zdjęć, blog oraz wejście do zbiorów.
[awatar]
agnesto
Najnowsze recenzje
1
...
4 5 6
...
112
  • [awatar]
    agnesto
    gdybym mogła dałabym ocenę - 10/5 • Co napisać o książce, która rozrywa serce, która swoją treścią osiada we wnętrzu i przytyka oddech i która po prostu zmienia człowieka? Człowieka jako istotę i człowieka czytelnika? • Co napisać o książce, która odbiera mowę i sprawia, że każde słowo, jakie się teraz powie o niej będzie niewłaściwe? Nie takie, jak powinno być? Będzie zbyt małe, zbyt trywialne? • Co napisać...? Jak to ująć...? • Czujesz się mały wobec niej. Czujesz się ziarnem, odłamkiem, który boi się mocniejszego podrywu wiatru... Porywu w nieznane... • „Kolekcjoner śniegu” wrzuca cię w okres wojny zarówno dzieci, jak i dorosłych, ludzi wyrzuconych poza nawias normalności, zbitych w ciasnym budynku, gdzie przepierzeniami dzieli się pokoje na mniejsze, gdzie kobietę gwałci obleśny dochodzący dwa razy w tygodniu pan-panów, a za kocem udającym ścianę leży inna i wszystko słyszy. On przykrył jej dłonią usta, by nie jęczała, by stłumić jej dźwięki, by nikt nie wiedział, co się tu dzieje, co on robi ... Nikt nie reaguje. Nawet ta zza koca leżąca kilka centymetrów od nich. Nie reaguje, bo tak lepiej. Trzeba unikać niepotrzebnych kłopotów i lepiej nie mieszać się w czyjeś sprawy. Raz ona, potem inna - trzeba jakoś zarobić na siebie, na dziecko... Trzeba zarobić, bo inaczej zdechniesz, dlatego dzieci uciekają z tego zaduchu dorosłych. Uciekają z tej pseudo normalności, gdy do mamy przychodzi pan, gdy chcą się pobawić w swoim gronie. Bo tu „zaduch nie znika nawet przy otwartych oknach. Jest tak ciężki, że wycieka przez parapety i kapie na ziemię”. Tu „pleść wgryzła się w ściany, na których rysuje mapy nieistniejących cywilizacji, przejmuje nogi foteli i komód. Jest powolna...” • Dzieci mają swój świat poza pleśnią malującą wzory na sufitach, poza tą duchotą dorosłych, poza ich krzykami i pretensjami wszystkich do każdego z osobna. • Jest Adolf i Josef i Karlos. Josefa nie widać, nie żyje, ale jest...i jest Dominik i Anezka i Frantisek... w innych latach w innym czasie... bo „Kolekcjoner śniegu” to powieść ni o historii, ni o pokoleniach, ni o godnym pochówku, ni o karmie, którą z genami dostajesz po przodkach, czasem nawet po tych, o których istnieniu nic nie wiesz … • „Kolekcjoner śniegu” to książka, która na przestrzeni kilkudziesięciu trudnych lat nakreśla losy ludzi, których coś jakoś łączy. Sam skleisz ich relację i sam narysujesz ich genealogię, a gdy dojdziesz do końca... gdy przeczytasz ostatnie słowo i zamkniesz ją to zamilkniesz. • Brakuje słów. • Płaczesz do środka, do wnętrza siebie. • I wreszcie otwierasz oczy i powoli następuje w tobie dopełnienie tego, o czym czytałeś. Wszystkie słowa układają się w tobie i nie chcesz ich pochować razem z Josefem i jego mamą. Idziesz, jak Dominik, na dwór, bo śnieg spadł i chcesz go nazbierać i schować do zamrażarki... co roku tak będziesz robił... co roku... przez lata. • Ta książka zachwyca w wyjątkowy sposób. Pochłania cię, wciąga i nie puszcza. Żyjesz nią i tymi ludźmi tak różnymi od ciebie w tak innym czasie i miejscach. Każdy marzy o czym innym, inaczej śmierdzi potem, inaczej mówi, myśli, chce czegoś a nie potrafi tego zdobyć... • Misterium słów... • Parafrazując myśli Josefa, gdy za dużo wiesz o ludziach wokół, czujesz ciężar ich bólu. Tak jest tu, w „Kolekcjonerze kości”. Rozlewa się w tobie ciemność, gaśnie światło, a razem z nim nadzieja. Nadziei wyczerpały się baterie... • agaKUSIczyta
  • [awatar]
    agnesto
    Niemożnością jest ujęcie w kilku słowach tego, gdzie ta książka we mnie osiadła. Trudno zrozumieć dokąd dotarła w moich emocjach. Ta niby powolnie tocząca się historia sprawiła, że mój umysł zaczął szukać poza horyzontem życia. A czego szukał? Pogodzenia z sobą, poczucia bytu i pokory. Szukał sensu stworzenia i wartości duszy ludzkiej. „Sto kwiatów” Genki Kawamury zmienia postrzeganie zarówno na samego siebie, jak i na to, kto jest koło nas. Wyczytane słowa muskają umysł, potem subtelnie opadają i ciągle o sobie przypominają. Myślisz o nich, rozważasz na swój sposób i próbujesz nadawać im inny tor. Próbujesz nadać im inny kierunek, choć i tak cel wielu dróg jest tylko jeden. • Takie książki cenię najbardziej. • Książki, które są jak jajka z niespodzianką. Biorę je do ręki, dotykam, zaprzyjaźniam się z nimi, by następnie otworzyć je i dłuższą chwilę wąchać, by nacieszyć się tym diamentem literackim. • Okładka skrywa tajemnicę w środku. • Zaczynam czytać i po kilku stronach wiem, że ta historia ma wielką moc. • A jak to wszystko się zaczyna? Oto poznajemy Yuriko, która zaczyna tracić pamięć. Z początku jest to niedostrzegalne. Umykają jej drobne rzeczy, czy myśli jednak z każdym kolejnym dniem staje się to coraz bardziej dokuczliwe i podejrzane. Aż pada diagnoza – alzheimer, który w przypadku Yuriko dość szybko postępuje. Ratunkiem jest lekoterapia lecz ta może jedynie spowolnić ową degradację mózgu, to jak odkładanie wyroku w czasie. Syn Yuriko, Izumi, jedynak wychowywany bez ojca, wchodzi w rolę rodzica z matką–dzieckiem. Z matką–kłopotem poniekąd, bo mając swoje życie musi żyć i jej życiem. Izumi jak pogodzić i pracę i własny dom i żonę i matkę i dać sobie z tym radę? Nie może izolować się od niczego ani nikogo, choć czasem by chciał. Czasem chciałby nie istnieć. Do tego spodziewa się dziecka i tego szczęścia przyszłej mamy - Kaori nie potrafi pojąć. Wszystko dzieje się jakby koło niego, a on na nic nie ma wpływu. Czuje bezradność i niemoc. • Za dużo tego wszystkiego. • Izumi jest przytłoczony, a stawiane sobie pytania nie znajdują odpowiedzi. • Ale … • Spotkania z mamą i rozmowy, coraz bardziej nieskładne i chaotyczne, zaczynają układać się w bukiet pełen kolorowych kwiatów. Yuriko lubiła w wazoniku mieć świeże, pojedyncze kwiaty, najczęściej czerwone tulipany, lecz ty z jej słów dobierasz i dokładasz ciągle nowe i nowe. I jest ich tak wiele, że gdy już kończycie zaczynasz rozumieć. Wszystko jest po coś, a choroba mamy poszerza jej świat: „(...) życie tylko w świecie, który sami potrafimy sobie wyobrazić jest bardzo przytłaczające”. Jej świat się rozrósł i stał się przyjazny i dziecinnie beztroski. I choć z wiekiem człowiek coraz więcej traci i żegna się z wieloma rzeczami, a czasem traci też samego siebie, to jednak żyje do końca. Mocno się tego życia trzyma i walczy nawet z demencją i białymi plamami w głowie. Maluje owe przestrzenie na swój sposób. Jak i ty trzymając powieść w rękach. • „Sto kwiatów” jest historią w głównej mierze o Izumi, który musi zająć się chorą matką. Ale dla mnie to powieść o Yuriko, o starszej pani, która z każdym dniem coraz bardziej dziecinnieje i mentalnie się cofa. To ona jest tu osnową, a kwintesencją tej historii jest samotność dorosłego dziecka, dorosłego już syna i jej, która gubi się w zwykłej codzienności. „Kiedyś to Izumi się gubił, a teraz znikała matka. W ten sposób oboje cały czas sprawdzali się nawzajem i przekonywali o miłości – matka i syn”. • Ta powieść ma swój rytm. Czytasz ją powoli, bo wywołuje w tobie wiele emocji, jakie w międzyczasie oswajasz. Zaczynasz myśleć o przemijaniu, o sobie i tych, którzy jeszcze żyją i dla których masz czas, ale nie umiesz go należycie wykorzystać. Myślisz o tym, na co jest już za późno, a co jeszcze przed tobą. • W Japonii powstał pomysł stawiania w ustronnych miejscach wyjątkowych budek telefonicznych. Można z nich dzwonić do zmarłych, którym nie zdążyło się powiedzieć czegoś ważnego. I zastanawiam się, co Izumi powiedziałby mamie do tej słuchawki telefonicznej. Czy wytknąłby jej rok czekania na nią, brak ojca, czy może powiedziałby, że ją kocha? Czy powiedziałby o zupie miso i swojej pustce w sercu, której nic nie może zasypać? • Za dużo ciszy wokół końca, za dużo mgły, za dużo rzeczy. • A co powiesz ty do kogoś, kto odszedł? Co po tobie zostanie? • Siedzisz na werandzie z mamą w swoim pustym domu, do którego rzeczy dojadą jutro. Jest wieczór, oglądacie razem sztuczne ognie i jecie arbuza. Jest tak soczysty, że jesteście mokrzy, a z brody kapie wam słodki sok. Jesteście razem i czujecie się najs­zczę­śliw­szym­i ludźmi na świecie. Dokładnie takie uczucie daje ci czytanie tej powieści. Jest zatrzymaniem w czasie, przystankiem spokoju, łapaniem momentów i szczegółów, gestów i spojrzeń. To powieść, która budzi w tobie emocje, delikatnie otwiera oczy i podszeptuje, by łapać codzienność, zrywać ją, jak pojedynczy cenny kwiat i wkładać do wazonika. Kwiat za kwiatem... • Daj życiu płynąć, pisze Ganki Kawamura . Tak po prostu. Bierz, co dostajesz i reaguj. • Życie trwa, nawet bez pamięci. Płynie, jak rzeka. • Wszystko może się zdarzyć. Każde słowo może paść. • A śmierć? … Kiedyś przyjdzie, ale nie boli. • agaKUSIczyta
  • [awatar]
    agnesto
    „Faulkner wywarł ogromny wpływ na literaturę XX wieku, trwa nadal jako mistrz, ale wielu czytelników pozostaje nieznany” powiedział w jednym z wywiadów tłumacz owej publikacji, Jacek Dehnel. „Od czytelnika zależy czy będzie śledzić samą historię, opowiadaną zresztą wcale nie najłatwiejszym językiem, czy też podziwiać zastosowane przez autora w drugim planie subtelne nawiązania, aluzje, metapoziomy tekstu”. I coś w tym jest, bo czytanie Faulknera do łatwych nie należy. Faulkner wymaga czasu, skupienia i wgryzienia w tekst, obrania własnej drogi interpretacji. To wymagający pisarz, dlaczego? • Addie umiera. Umiera, ale na swój sposób. Leży przy uchylonym oknie, przez które do jej uszu dochodzi odgłos heblowania desek na trumnę. Słyszy pracę swojego syna, Casha, który każdy drewniany element pokazuje jej. Wyciąga ręce i czeka na tą twarz w oknie. Twarz od szyi, jak obciętą od korpusu. Czeka na jej spojrzenie i akceptację. Jedna deska, druga, wbijanie gwoździ, przycinanie i znowu heblowanie. • Popatrz, mówią oczy Casha. • Tak, mówi ona. • Aż będzie cała, zbita jak skrzynka na narzędzie. Gdy będzie gotowa, wtedy umrze. • Jednak Addie w tym łóżku wadzi się ze śmiercią, która się o nią upomina. Krok do przodu, potem dwa do tyłu. Ta walka to taniec dwójki kochanków. Addie tonie w ramionach kostuchy, gdy ta tuli ją do siebie i czuje coraz słabiej bijące serce. Dwa kroki w przód, potem kolejny i obrót. Addie traci dech, poddaje się, hebel szumi, jak muzyka w tle. Trzy, cztery... aż ona zamiera, serce cichnie, osuwa się w ramionach śmierci. To już. Trumna zrobiona. • Wkładają ją z „głową w nogach”, by się suknia ślubna rozłożyła. • I wiozą tam, gdzie chciała, gdzie ich zobowiązała, gdzie wymusiła od nich przyrzeczenie, powiedziała swą ostatnią wolę. Wiozą ją do rodzinnego grobu oddalonego o kilkadziesiąt mil od domu. Wody rzeki buntują się, most się zrywa. Potem jest pożar i ogień i wszystko wskazuje na to, że powinni zawrócić. Ale przecież uparta matka i trumna z nią w środku i obietnica... Natura i ludzie nie chcą jej dać „odpoczynku wiecznego”. Nawet dorosłe dzieci spierają się między sobą o rację, o drogę, o słowa, jakie kiedyś padły, a które okazują się być wbite w nich, jak gwoździe w heblowane deski. Gdy wybrzmiewają okazują się być nader niedorzeczne. Jak oni wszyscy. Mąż, czworo synów, córka w niechcianej ciąży i ona, zabita deskami kobieta, która leży sztywno, jak lalka w pudełku. Jak lalka w welonie z moskitiery, który zasłania dziury w głowie. Wygląda jak panna młoda w śmiertelnym wyprężeniu, którą ułożono z nogami w głowie. • Trzeba jechać. W upale zwłoki coraz bardziej się rozkładają, jak i oni. Rodzina niby spięta w jedności z czasem zaczyna się rozpadać. Rozsypuje się, jak piasek pomiędzy palcami. Na wozie siedzi grupka ludzi, którzy tak naprawdę są dla siebie obcy. Każdy ma siebie dla siebie i nikt nikogo nie zna. Zlepek przypadkowego rodzeństwa, dorosłych półsierot z ojcem w niedzielnej koszuli. • Rozpisana na głosy „Gdy leżę, konając” sprawia, że stajesz się każdym z bohaterów. Jesteś milczkiem, czasem dziwnie myślącym mężczyzną, czasem kobietą, którą zaprząta myśl o rosnącym brzuchu i dziecku w nim. Rodzina odprowadza matkę na cmentarz, a ty zaglądasz im do głów, jak lekarz. Patrzysz ich oczami i próbujesz wysupłać sens tego bycia razem. Szukasz lepiszcza pomiędzy tymi, którzy jeszcze żyją i nijak nie możesz go znaleźć. Nikt do nikogo nie pasuje. Każdy ma wiele kantów, o które można się zranić i nawet milczenie pomiędzy nimi nie jest takie, jak powinno być. Drażni, łaskocze jakoś nerwowo. Pod cienkimi powiekami drgają emocje. Nikt nie oddycha normalnie, włącznie z tobą. Każdy buzuje wewnętrznie i od tych uczuć aż brak im słów. Te utknęły w przełykach, jak kołtuny – u każdego. Drażnią nerwy i puchną coraz bardziej. • Ostatni spacer z mamą, jej pożegnanie – czy to aby nie sprawdzian dla rodziny? A może to ich ostatnie wspólne momenty, bo od pochówku nic już nie będzie takie samo? Oni na wozie i drewniana trumna zbita z heblowanych desek – co będzie potem? I czy coś w ogóle będzie? • Faulkner ma swój literacki rytm, który każdy odczuje wedle siebie. Faulkner pisze tak, że jego powieści można odbierać wielorako, na wiele głosów, znaczeń i poziomów. Sięga po przeskoki myśli, czasu i osób. Autor, jak wprawny kucharz – coś dodaje, coś ujmuje, czasem miesza, acz delikatnie. Jego tekst jest inteligentnie przemyślany w każdym detalu, jednak nie należy do łatwych w odbiorze. Dlatego kilkakrotne sięganie po książkę nie jest niczym złym – jeśli czytanie męczy, odłóż ją. Daj sobie czas, dojrzej wewnętrznie i próbuj ponownie. W którymś momencie, bo ten prędzej, czy później nadchodzi – zatopisz się czytelniczo. William Faukner porwie cię na wyłączność, ale musisz być cierpliwy. • Smutna. Prawdziwa. Trudna. • agaKUSIczyta
  • [awatar]
    agnesto
    Historia naszego kraju jest trudna. Dla wielu traumatyczna, dla wszystkich skomplikowana i wiecznie odsłaniająca swoje karty. Okazuje się, że w historii Polski mamy czyny chwalebne i doniosłe, ale i takie, o których nie mówimy. Milczymy. Dlaczego? Chyba dlatego, że tak łatwiej. Pamięć pamięta, ale zaciśnięte usta trzymają owe krwawiące wspomnienia w sercach. Umrą wraz ze świadkami. Umrze prawda. Umrze historia. A co zostanie po nich? Cóż, zostanie kłamstwo, ogromny fałsz i obłuda rozlewająca się niszczącą pożogą grzechu. Zostanie kłamstwo podawane z ust do ust, by po latach stać się … prawdą. • Płacz. Szczera reakcja pozwala poczuć żal, emocje i prowadzi do uzdrowienia, bo nie można wyleczyć tego, czego się nie czuje. Skrucha? Pochylenie głowy? Oddanie czci? … Komu? - pytasz, przecież to nie ty mordowałeś. To inni. Sekrety zamiatane pod dywan, który wystarczyło wytrzepać na trzepaku pod domem i już, czysto. Szybko i skutecznie. A ja pytam – Skutecznie? Kłamstwo przykleja się nawet do dywanu, jest jak brud, którego już nie usuniesz, nie wytrzepiesz. • A co z sumieniem? Z wyrzutami? Z pamięcią wiecznie żywą? Co z tym wszystkim, co buduje człowieka? Rozliczenie z historią to jedno, skrucha to drugie. Żydzi, naród znienawidzony przez Niemców, Polaków, Sowietów. Żydzi... Żydki... Robaki, które przeszkadzają, które trzeba usunąć. • Czy winy się dziedziczy? - pyta autor. Milczenie to też zbrodnia, w której uczestniczą mieszkańcy miasteczek, czasem małych wiosek niewidocznych na mapach, gdzie dokonano mordu. Mordu ludzi, całych rodzin oraz dewastacji ich rzeczy, które rozszabrowano na handel. „(...) Żydów trzeba było załatwić! (…) To był wróg, którego trzeba było usunąć, koniec”. Zanim Żydów, jak stado bydła, zapędzono do stodoły, od kilku dni wypędzano ich z domów. Szczególnie tych, co mieli sklepy w centrum. Bito ich pałkami, batami, czy rzemieniami. Kobiety gwałcono. A szli na śmierć – spalono ich w stodole. Zastanawiasz się, kto to zrobił? Polacy – my, my wszyscy. Żydów nienawidzili starzy i dorośli, a oni uczyli tego samego dzieci. Wstręt do nich plótł się warkoczem przez pokolenia. Aktywnie do podjudzania włączał się miejscowy proboszcz, który z ambony mówił „Żydzi zamordowali Chrystusa” i tym samym cały czas wzbudzał w tym ciemnym tłumie zebranym pod dachem kościoła, w tym pół-analfabetycznym chłopstwie poczucie, jacy to Żydzi są straszni. Podburzali lekarze, stróże prawa, konkurenci w interesach, których raziły żydowskie biznesy. Początkowo bito kamieniami i kijami. Zabijano siekierami, a ciała porzucano w lasach, gdzie rozszarpywały je zwierzęta. • Wikariusz, Władysław kamieński nakłaniał młodzież starszych klas do zwalczania handlu żydowskiego. Co mówił w ramach uzasadnienia? Prawił hasła anty-żydowskie. „Piekarze żydowscy – mówił – przygotowując pieczywo mieszają je brudnymi nogami, plują w ciasto, a Polacy tego rodzaju wytworzone pieczywo spożywają.” Mordy i masakry dokonywane na ludziach zwano „kwestią żydowską” i ciągle utrzymywano stan wrzenia. Wzniecano bunty, ekscesy i zaburzenia przeciwżydowskie przed sklepami żydowskimi, na jarmarkach... I wszyscy – całkowicie – popierali kler katolicki. Bo Żyd, to wróg, Żydzi ukrzyżowali Chrystusa, krew Jego użyli na macę. Żydzi są przyczyną wszystkiego zła na świecie. • Mogłabym pisać o treści „Drzazgi”, o tych ludziach, których już nie ma, o tych, którzy ich zabili i dalej są i żyją bezkarnie z niezdiagnozowaną amnezją historii. Czytanie tej książki, tego brudu, jaki zostawili po sobie Polacy, boli. „Drzazga” jest o prawdzie, która nie mieści się w głowie. Czytam i nie dowierzam słowom. Ta prawda nie może we mnie znaleźć miejsca, nie godzę się na takie upodlania człowieka – człowieka podobnego do mnie. Skoro wszyscy oprawcy (prawie wszyscy) wojenni zostali postawieni przed sądem za czyny sprzed lat, jakich się dopuścili, to i tych ludzi – morderców należałoby przed ów sąd zawlec. Postawić na nogach, niech napawają się dumą z własnych czynów. I pytam się – czy to są jeszcze ludzie? To zwierzęta. Z pewnością często brano swój, prywatny wstręt i nienawiść do Żydów i wyrównywano swoje porachunki na pojedynczych osobach. Czyniono zadość. Bez uzasadnień. • Jak człowiek mógł zrobić coś takiego drugiemu człowiekowi. Według Biblii, wszyscy jesteśmy dziećmi bożymi, wszyscy to nasi bracia i siostry. To gdzie zapodziały się słowa Chrystusa u ludzi wierzących? • Drzazgą są winy, wstyd i pohańbienie... • Drzazgą jest milczenie, zapomnienie, niewiedza... • Drzazgą są kłamstwa o tym, co spotkało żydowskich sąsiadów, koleżanki, ich rodziców, dziadków... • Drzazga wbija się w serce. Wnętrze krwawi. Z oczu płyną słone łzy. • I modlisz się „Wieczne odpoczywanie racz im dać Panie...”
  • [awatar]
    agnesto
    O czym marzymy? Czy jesteśmy osobami, którymi chcemy być, czy jesteśmy aktorami na scenie zwanej „życiem”? A może chcemy coś przeżyć, lecz nie wypada, nie przystoi? A w ogóle, to po co się zmieniać, skoro tak jest wygodnie? Wszyscy znają nas właśnie, jako takich. Nam samym, gdy się nad tym zbytnio nie zastanawiamy, jest w sumie nawet nieźle... Po co zmieniać coś, co sprawdza się od lat? Takie myśli naszły mnie ostatnio i nie ukrywam, że za sprawą lektury „Małego Lorda” (tytuł oryginału „Mały Lord Fauntleroy”- i dziwię się, że polski tytuł tak skrócono, co odbieram za wielkie i nikczemne uchybienie). Takie zagłębianie w psychikę sprawia, że podświadomie zadajesz sobie pytania generowane przez lekturę, a jednocześnie wiesz, że tylko dobra książka może coś takiego sprawić. W „Małym Lordzie”masz to zagwarantowane. • Powieść angielskiej pisarki Frances Hodgson Burnett ukazała się w 1886 roku, ponad 150 lat temu, a co najważniejsze, zachwyca do dziś. Mnie szczególnie i nie umiem tego jakoś racjonalnie wyrazić, bo nic szczególnego w akcji się w niej nie dzieje, nie ma nagłych zrywów adrenaliny, ani zbyt skomplikowanych osobowościowo bohaterów. Jest za to prosta historia siedmiolatka, Cedryka Errola i jego matki, a także – czego dowiadujemy się później, posiadłości i fortuny hrabiego Dorincourt. Bo, jak się okazuje, piękny i urodziwy blodynek, który zachwyca ludzi swoim wyglądem, sercem i dobrocią, i który wraz z matką-wdową mieszka w biedzie, z dnia na dzień staje się hrabią o sporym majątku. I ma dziadka, który z tego oto tytułu zaprasza go do siebie. Matkę też, lecz jej nie zaprosi w mury swego domostwa, czego ta dowie się na miejscu. Nie będę analizować fabuły, ani zdradzać tym samym więcej szczegółów – tak pokrótce wygląda treść „Małego Lorda”, która może i wydaje się banalna, lecz banalną – zapewniam – nie jest. • Ta powieść, okraszona pięknymi rysunkami Reginalda B.Bircha, jest niezgłębioną studnią wielu wątków i przemyśleń, które te za sobą pociągają. Oto poznajemy małego, dobrego i ślicznego chłopca, aniołka wręcz, który bardzo szybko zjednuje sobie ludzi, który nie ma wobec nich uprzedzeń, każdemu poświęca czas, z każdym porozmawia i o każdego jest ciekaw. Oto jego życie właśnie ulega kompletnej zmianie, jeśli chodzi o otoczenie i z dnia na dzień trafia między hrabiów, docentów i szlachciców. Przekracza „wysokie progi” wyłożone statusem posiadanych majątków i tytułów, wchodzi w całkiem nieznany sobie świat – ale, co zaskakujące, wszystko go cieszy i raduje. Wszystkich odbiera, jako dobrych i szlachetnych. Jego dziadek, hrabia Dorincourt znany z grubiaństwa, złośliwości i złego humoru, schorowany człowiek, który w samotności coraz bardziej pogłębiał się w swych dolegliwościach. Niemiły dla służby, czy dla zwyczajowego „plebsu”. Nikt, absolutnie nikt, nie ma o nim dobrego zdania, ba – wszyscy go nienawidzą, o czym nie mówią głośno. A tu? A tu zjawia się Cedryk, nieskalane uprzedzeniami, ani złem dziecko, które w dziadku dostrzega tylko dobro i pokorę. I z czasem ów starszy pan zaczyna je odczuwać, coś się w nim budzi. Obecność wnuka zmienia go. Staje się coś nieprawdopodobnego, co, jak wielu powie, zdarza się tylko w przesłodzonych powieściach. A ta? Z 1886 roku? To przecież nic innego, jak czytadło na podobieństwo tych sióstr Bronte – nic, tylko wzruszenia, łzy i miłość tak nieszczęśliwa, że aż trywialna. Dlatego staję w opozycji, bo mnie ta książka zaczarowała. Banalna treść porusza głębokie struny delikatnej duszy, zmusza do zadumy i kontemplacji. Stawiasz sobie pytanie – dlaczego ja nie jestem takim dobrym Cedrykiem? Dlaczego szybciej oceniam, niż powinienem? Dlaczego skreślam kogoś i nie daję ani mu, ani sobie szansy? Czy życie na tym właśnie polega, czy to tylko moje głupie zasady gry zwanej „życie”? • Małe dziecko zmienia ludzi. Jest dobrem pomiędzy złem, białym pośród czerni i uśmiechem, pośród łez i gniewu. Małe dziecko naprawia, naprawia codzienność. Ot tak, nieświadomie. I to jest niebywale cenne. Używając biblijnych słów „zatwardziali kruszeją”. To aktualna do dziś klasyka literatury, która teraz dostąpiła zaszczytu reedycji. Nowe okładki – piękne, oryginalne ilustracje – zachwycające i treść, tak cenna i wartościowa i tak aktualna. • „Mały Lord” to konglomerat katechizmu, poradnika i dobrej lektury. Ciężko jest przerwać czytanie, bo jesteś w jakiś magiczny sposób ciekawy dalszych losów bohaterów. Czujesz wypieki na policzkach, w brzuchu burczy, lecz ty zapominasz o całym bożym świecie, bo teraz twoim światem jest posiadłość w Anglii. Jesteś gościem na przyjęciu iście królewskim i zamroczony wpatrujesz się w blond główkę dziecka, które olśniewa. Ciebie też.
Ostatnio ocenione
1 2 3 4 5
...
98
  • Błękitni
    Rodziewiczówna, Maria
  • Zaburzenie
    Bernhard, Thomas
  • Szkarłatna litera
    Hawthorne, Nathaniel
  • Starość
    Skåber, Linn
  • Dobre ucho
    Kim, Hye-jin
  • Złota maska
    Dołęga-Mostowicz, Tadeusz
Nikt jeszcze nie obserwuje bloga tego czytelnika.
Autorka w swojej pracy w nowatorski sposób podjęła się omówieniu zagadnienia, w jaki sposób kultura odpowiedziała na przebieg modernizacji na terenach Rosji i Iranu przełomu XIX i XX wieku. • W swej wnikliwej rozprawie zajęła się szerokim spektrum problemów. Głównym zamiarem badaczki było uwidocznienie zarówno wspólnych cech, jak i różnic w przemianach obu państw. Ukazała podobieństwa w początkowej reakcji kultury rosyjskiej i irańskiej na kulturę zachodnią – fascynację nią, a jednocześnie pragnienie niezależności i przywiązanie do tradycji. • Skupiła się przede wszystkim na badaniach nad inteligencją rosyjską i irańską, rozważała, jak rosyjska literatura wpłynęła na rozpowszechnianie idei wolności oraz jaki miała wpływ na rozmaite sfery życia społecznego. • Omówiła m. in. zagadnienia kultury i języka, ukazała grupy kulturotwórcze jako konkretne zjawisko na tle abstrakcyjnego fenomenu kultury, postawiła pytania o istotę języka i jego rolę w kulturze. Zajęła się analizą problemową wybranych zjawisk zachodzących w omawianych państwach, snuła rozważania o pierwszym symbolu identyfikacji grupowej społeczeństwa, oceniła rolę prekursorów idei indywidualizmu w Iranie i Rosji, dokonała także interesujących porównań i podsumowań. • Celem autorki było przede wszystkim przedstawienie, w jaki sposób kultury „komunikują się”, jak przebiega dialog między ludźmi, należącymi do różnych kultur oraz jakie są i mogą być skutki dobrego lub złego zrozumienia partnera w dialogu. • Opracowała : Barbara Misiarz • Publiczna Biblioteka Pedagogiczna w Poznaniu
foo