Strona domowa użytkownika

Zawiera informacje, galerię zdjęć, blog oraz wejście do zbiorów.
[awatar]
majuskula
Najnowsze recenzje
1
...
8 9 10
...
44
  • [awatar]
    majuskula
    Wrażliwość głównie przywodzi nam na myśl pozytywną cechę, będącą najważniejszym składnikiem empatii. Ale ilu z nas usłyszało kiedyś z wyrzutem, że jest osobą „nadwrażliwą” albo „przewrażliwioną”? Ośmielę się stwierdzić, iż zapewne całkiem sporo. Tak to bywa, kilka dodatkowych literek, a wyraz już zupełnie zmienia swoje znaczenie, zostając czymś kojarzonym negatywnie. Przyznaję, sama zaczęłam zastanawiać się nad tą kwestią niedawno, poruszona ciekawą rozmową, którą odbyłam z koleżanką. I zbiegiem okoliczności, wtedy do moich rąk trafiła książka Katarzyny Kucewicz, dotycząca właśnie tematu tak zwanej „nadwrażliwości”. Zazwyczaj podchodzę dość sceptycznie do różnych poradników, bo wiem, że wśród nawału podobnych publikacji trudno znaleźć coś godnego uwagi. Jednak spotkałam naprawdę miłą niespodziankę, ponieważ słowa Kucewicz dotarły do mnie z pełną mocą. Nie dajcie się zwieść delikatnej okładce — owa książka to siła! • Katarzyna Kucewicz dobrze wie, o czym pisze. To psycholożka i psyc­hote­rape­utka­, od dawna pracująca z wysoko wrażliwymi osobami (możemy używać skrótu „WWO” lub „OWW”, nadmienię w ramach ciekawostki i ułatwienia). Całość dotyka ważnego tematu, lecz została stworzona w sposób bardzo przystępny. Tak, aby nikt nie miał kłopotu z pojęciem przekazu. Dlaczego autorka wzięła pod lupę przede wszystkim kobiety? Zacznijmy od faktu, że na przestrzeni wieków to my byłyśmy nazywane „histeryczkami”, w każdej odmianie tego wyrazu. Aczkolwiek, oczywiście, kwestia wysokiej wrażliwości dotyczy też mężczyzn. Nie ma absolutnie żadnego defektu w mężczyźnie „czującym mocniej”, pamiętajmy. • To rzetelna pozycja, która ujęła mnie obiektywizmem. Skupiamy się na tym, że nie możemy zmienić całego świata, jednak jesteśmy w stanie sprawić, iż ułożymy się w nim wygodniej. Równocześnie czerpiąc korzyści z wrażliwości, będącej zaletą, nie wadą, pomimo trudności. Autorka przedstawia różne techniki pomagające osiągnąć lepsze samopoczucie, zaczynamy akceptować swą osobowość. Pierwszy krok to zrozumienie, jakie cechy charakteru posiadamy, następnie przychodzi czas na akcentowanie ich w tak, aby stały się dla nas radością, nie udręką. • Dzięki książce zwróciłam uwagę na jeden fakt: wrażliwość jest odbierana przez społeczeństwo strasznie stereotypowo. Często wydaje nam się, że to cecha dominująca u ludzi zamkniętych w sobie, klasycznych introwertyków, co wprowadza w błąd. Bowiem także ekstrawertycy mogą funkcjonować będąc WWO, zastanawiając się, jak znaleźć miejsce w przebodźcowanej rzeczywistości. Katarzyna Kucewicz, poprzez opowieści różnych kobiet, pokazała trudne sytuacje i metody radzenia sobie z nimi. Czytając te historie z łatwością możemy poszukać wspólnego mianownika, lepiej pojąć własne zachowania. Autorka wyłuszczyła główne powody sprawiające, iż źle czujemy się ze swoimi emocjami — choćby niska samoocena, próba stworzenia innego człowieka, jakim nie jesteśmy. To męczące, niczym noszenie za małych butów… • Polecam osobom zainteresowanym tematem wrażliwości. Myślę, że bez problemu ocenicie, czy to publikacja skierowana do Was. To naprawdę interesująca pozycja, skonstruowana w prosty i zrozumiały, ale też wyczerpujący sposób. Katarzyna Kucewicz opierała się na własnych doświadczeniach, opowieściach kobiet, również na innej fachowej literaturze. Widać, jak dużą pracę włożyła w napisanie swej książki, której motywem przewodnim ma być pomoc każdemu człowiekowi „czującemu za mocno”. I najpewniej ten cel został osiągnięty!
  • [awatar]
    majuskula
    Ostatnie lata udowodniły mi, że Polska obfituje w całą masę wspaniałych autorek i autorów. Zawsze cieszę się, gdy mogę poznać kolejne nazwisko, zgłębić się w czyjąś twórczość. To moje pierwsze spotkanie z Sarą Antczak, przecieram szlaki jej najnowszą powieścią zatytułowaną „Lina”. Początkowo nie miałam pojęcia, czego powinnam się po tej książce spodziewać. Romansu? Sensacji? Góry od dawna mnie interesują, z ich mocą, tajemniczością, siłą natury. Dlatego z przyjemnością sięgnęłam po „Linę”, mimo lekkich obaw, iż całość będzie zbyt ckliwa. Ale rzeczywiście nie warto kierować się wyłącznie dziwnymi przeczuciami, bo wówczas istnieje szansa stracenia okazji na dobrą lekturę. A „Lina” to właśnie ta dobra lektura. Wciągająca od pierwszych stron, wzruszająca, wypełniona po brzegi różnymi uczuciami. Naprawdę ciekawa pozycja, która pozytywnie mnie zaskoczyła, w praktycznie każdym aspekcie. Znakomita niespodzianka na początek roku. • Ninę i Mikołaj dzieli wiele, lecz łączy pasja, czyli wspinaczka. Pasja będąca sposobem na walkę z ich demonami, wynikającymi z traumatycznych przeżyć. Adrenalina wywoływana zdobywaniem kolejnych szczytów sprawia, że nasi bohaterowie chociaż w jakimś stopniu mogą przechodzić przez drogę uzdrowienia z problemów. Ciągle są poki­eres­zowa­nymi­ dziećmi w skórach dorosłych ludzi, próbujących odnaleźć się w trudnej rzeczywistości. Autorka świetnie odmalowała emocje targające obojgiem postaci, ich rozedrganie, bitwę o przetrwanie następnego dnia. To, co tworzy wrażenie „normalności” jest dla nich wielkim wysiłkiem. Wysiłkiem porównywalnym do odkrycia tajemnic najwyższych gór. Muszę przyznać, chyba aż za mocno zaczęłam współodczuwać. • Styl pisarki sprawia, iż książkę czyta się bardzo szybko, jednak ja wolałam dawkować sobie każdą kartkę, właśnie ze względu na ogromny bagaż emocjonalny płynący z tej opowieści. Dialogi wypadają naturalnie, poprzetykane niezbyt rozwlekłymi, acz dobrze rozrysowanymi opisami. Poza tym, nie bójcie się fachowej terminologii! Zadbano o odpowiednie przypisy, specjalnie dla osób, które na co dzień interesują się raczej innymi rzeczami niż wspinaczka. Dlatego można spokojnie sięgnąć po egzemplarz, myśleć wyłącznie o przedstawionej historii, będąc już przyszykowanymi na istną bombę uczuciową. • Naprawdę zachwyciło mnie, jak realistycznie wykreowano bohaterów. Są niesamowicie ludzcy, pełni wad, ale też zalet. Łatwo można sobie wyobrazić, że istnieją, są naszymi bliskimi znajomymi, o których w pewnym stopniu się troszczymy, o których się martwimy. Uważam, iż nawet tytuł książki nie jest przypadkowy. „Lina” — da się na nią popatrzeć dosłownie, jednak chyba Nina z Mikołajem są dla siebie asekuracją w formie emocjonalnej. Właśnie, ciągle mam problem z zakl­asyf­ikow­anie­m tej powieści do konkretnego gatunku. Widzę w niej ogromny potencjał psychologiczny, skłaniający czytelnika do przemyśleń na temat tego, jak poważne traumy z dzieciństwa wpływają na przyszłość, w każdym jej wydaniu. • „Linę” mogę polecić osobom poszukującym w książkach intensywnych uczuć. Przywiązałam się do głównych bohaterów, ich niej­edno­znac­znoś­ci, obserwowania wszystkich trudności, które muszą pokonać. Coś czuję, że finalnie będziemy przeczytamy kolejny tom, za co trzymam kciuki, oczywiście. Historia Niny i Mikołaja pokazuje, że zawsze warto o siebie zawalczyć. Może to brzmi banalnie, lecz trzeba pamiętać o tak uniwersalnej prawdzie, nawet najb­anal­niej­szej­. Sara Antczak to moje styczniowo-lutowe zaskoczenie, z pewnością zacznę śledzić jej dalszą karierę — powodzenia, Saro!
  • [awatar]
    majuskula
    Agnieszki Osieckiej chyba nikomu nie muszę przedstawiać. To osoba trwale wpisana w polską (pop)kulturę, szara eminencja większości przebojów, które nucą kolejne już pokolenia. Nie potrafiła zaśpiewać poprawnie ani jednej nuty, ale zgrabnie okiełznywała słowa. Obdarzona niesamowitym talentem do obserwacji otoczenia, przenosiła codzienność swoją i innych ludzi na papier, a następnie w wokalne umiejętności artystów, takich jak Maryla Rodowicz, Magda Umer, Stan Borys, Seweryn Krajewski… Na czym polega fenomen tekstów Osieckiej? Myślę, że głównie na ich ponadczasowości. Serca ciągle się łamią, lata pędzą, a bal jeszcze trwa, parafrazując fragment pewnego słynnego utworu — którego tytuł znowu, prawdopodobnie wszyscy, znamy. Ostatnio popularność Agnieszki przechodzi swój renesans za sprawą serialu opowiadającego o jej losach (wzbudzającego bardzo różnorakie opinie), jednak ja chciałabym skupić się na najnowszym wydaniu wierszy. Bo każda z piosenek to właśnie wiersz. • Mamy do czynienia z publikacją dwutomową, więc pozwolę sobie opisać te książki razem, ponieważ tworzą nierozerwalną całość. Doskonale rozumiem, że nie powinno oceniać się po okładce, i tak dalej, i tak dalej, lecz czasami odstępuję od reguł. A „Wiersze prawie wszystkie” prezentują się przepięknie. Projektując oprawę graficzną oscylującą wokół poezji łatwo ją popsuć, „przeciążyć”, popaść w lekki kicz (chociaż wiem, że Agnieszka nie miała nic przeciwko kiczowi). Jednak w tym przypadku muszę przyznać, obie okładki od razu podbiły moje serce, gdy tylko zobaczyłam je w zapowiedziach. Utrzymują retro-klimat, używając modnego słowa, przyjemne barwy, współgrając z treścią. • No, właśnie, treść: czyli najważniejszy element. Kupuję wszystkie tomiki sygnowane nazwiskiem Osieckiej, te wydawane przed laty, lecz marzył mi się zbiór scalający większość tytułów. Taki, do którego mogę wracać, zaznaczając ulubione fragmenty. Wspomniane książki są dla mnie jakimś rodzajem kolekcji. A „Wiersze prawie wszystkie” to w pewnym sensie „żywe” egzemplarze, pełne zakładek, wspólnej lektury oraz odkrywania. Owszem, nie znałam każdego z zamieszczonych tu tekstów lub wierszy, kilka zapomniałam, a inne widzę po raz pierwszy. Dlatego jestem absolutnie zachwycona, że mogłam rozpocząć styczeń w tak miły sposób. • Zapewne niektórzy z Was będą się zastanawiali nad sensem czytania podobnych publikacji. Ciągle rymy, ponad tysiąc stron, czy lektura się nie sprzykrzy? Otóż nie. Ponieważ twórczość Agnieszki Osieckiej sprawia, że potrafimy w niej odnaleźć siebie. Oszukać samotność, gdy już sądzimy, iż wyłącznie my przeżywamy chwile smutku oraz trwogi. A w słoneczne dni możemy odkryć żartobliwe i barwne opowieści o osobach trochę poki­eres­zowa­nych­, ale mknących z uśmiechem na twarzy. Różne fragmenty pozwalają nam z dystansem spojrzeć na swe emocje, nie wstydzić się ich, a raczej je pielęgnować. „Ja tak piszę, jakbym ludzi głaskała po głowie. Jakbym sama siebie głaskała po głowie” — kwintesencja Agnieszki w jej własnych słowach. • „Wiersze prawie wszystkie” to po prostu pozycja obowiązkowa na półce każdego miłośnika Agnieszki Osieckiej. A wiem, że tych nie brakuje. Jeśli macie wokół kogoś, kto uwielbia tę znakomitą twórczość, wówczas już wiecie, iż macie okazję do podarowania tej osobie pięknego prezentu. Z czułością spoglądam na swoje egzemplarze, opasłe tomy, i zastanawiam się — jak wymyślić równie niezapomniane teksty? Cóż, pozostaje mi czytanie oraz słuchanie! Na pewno nie będę narzekać, mogąc przeglądać tak urocze publikacje.
  • [awatar]
    majuskula
    Agnieszki Osieckiej chyba nikomu nie muszę przedstawiać. To osoba trwale wpisana w polską (pop)kulturę, szara eminencja większości przebojów, które nucą kolejne już pokolenia. Nie potrafiła zaśpiewać poprawnie ani jednej nuty, ale zgrabnie okiełznywała słowa. Obdarzona niesamowitym talentem do obserwacji otoczenia, przenosiła codzienność swoją i innych ludzi na papier, a następnie w wokalne umiejętności artystów, takich jak Maryla Rodowicz, Magda Umer, Stan Borys, Seweryn Krajewski… Na czym polega fenomen tekstów Osieckiej? Myślę, że głównie na ich ponadczasowości. Serca ciągle się łamią, lata pędzą, a bal jeszcze trwa, parafrazując fragment pewnego słynnego utworu — którego tytuł znowu, prawdopodobnie wszyscy, znamy. Ostatnio popularność Agnieszki przechodzi swój renesans za sprawą serialu opowiadającego o jej losach (wzbudzającego bardzo różnorakie opinie), jednak ja chciałabym skupić się na najnowszym wydaniu wierszy. Bo każda z piosenek to właśnie wiersz. • Mamy do czynienia z publikacją dwutomową, więc pozwolę sobie opisać te książki razem, ponieważ tworzą nierozerwalną całość. Doskonale rozumiem, że nie powinno oceniać się po okładce, i tak dalej, i tak dalej, lecz czasami odstępuję od reguł. A „Wiersze prawie wszystkie” prezentują się przepięknie. Projektując oprawę graficzną oscylującą wokół poezji łatwo ją popsuć, „przeciążyć”, popaść w lekki kicz (chociaż wiem, że Agnieszka nie miała nic przeciwko kiczowi). Jednak w tym przypadku muszę przyznać, obie okładki od razu podbiły moje serce, gdy tylko zobaczyłam je w zapowiedziach. Utrzymują retro-klimat, używając modnego słowa, przyjemne barwy, współgrając z treścią. • No, właśnie, treść: czyli najważniejszy element. Kupuję wszystkie tomiki sygnowane nazwiskiem Osieckiej, te wydawane przed laty, lecz marzył mi się zbiór scalający większość tytułów. Taki, do którego mogę wracać, zaznaczając ulubione fragmenty. Wspomniane książki są dla mnie jakimś rodzajem kolekcji. A „Wiersze prawie wszystkie” to w pewnym sensie „żywe” egzemplarze, pełne zakładek, wspólnej lektury oraz odkrywania. Owszem, nie znałam każdego z zamieszczonych tu tekstów lub wierszy, kilka zapomniałam, a inne widzę po raz pierwszy. Dlatego jestem absolutnie zachwycona, że mogłam rozpocząć styczeń w tak miły sposób. • Zapewne niektórzy z Was będą się zastanawiali nad sensem czytania podobnych publikacji. Ciągle rymy, ponad tysiąc stron, czy lektura się nie sprzykrzy? Otóż nie. Ponieważ twórczość Agnieszki Osieckiej sprawia, że potrafimy w niej odnaleźć siebie. Oszukać samotność, gdy już sądzimy, iż wyłącznie my przeżywamy chwile smutku oraz trwogi. A w słoneczne dni możemy odkryć żartobliwe i barwne opowieści o osobach trochę poki­eres­zowa­nych­, ale mknących z uśmiechem na twarzy. Różne fragmenty pozwalają nam z dystansem spojrzeć na swe emocje, nie wstydzić się ich, a raczej je pielęgnować. „Ja tak piszę, jakbym ludzi głaskała po głowie. Jakbym sama siebie głaskała po głowie” — kwintesencja Agnieszki w jej własnych słowach. • „Wiersze prawie wszystkie” to po prostu pozycja obowiązkowa na półce każdego miłośnika Agnieszki Osieckiej. A wiem, że tych nie brakuje. Jeśli macie wokół kogoś, kto uwielbia tę znakomitą twórczość, wówczas już wiecie, iż macie okazję do podarowania tej osobie pięknego prezentu. Z czułością spoglądam na swoje egzemplarze, opasłe tomy, i zastanawiam się — jak wymyślić równie niezapomniane teksty? Cóż, pozostaje mi czytanie oraz słuchanie! Na pewno nie będę narzekać, mogąc przeglądać tak urocze publikacje.
  • [awatar]
    majuskula
    Woody Allen to ukochany reżyser mnóstwa osób. Jego specyficzne poczucie humoru, podszyte melancholią, zapewniło mu ważne miejsce w historii kinematografii. Ja sama naprawdę lubię stworzone przez niego opowieści, często wracam do tych starszych, śledzę nowsze. Jednocześnie jestem świadoma kontrowersji, które w ciągu wielu lat kariery narosły wokół Allena. Dlatego byłam ciekawa, jak poprowadził swoją własną biografię. Czy zgrabnie przeskoczył nad ciemnymi plamami życiorysu? Albo jednak postawił na szczerość, wyjaśniając wszelkie nieścisłości? Bardzo ucieszyła mnie możliwość przeczytania tej książki. Sądziłam, że pochłonę ją w dwa wieczory, ale bez konkretnego powodu rozszerzyłam lekturę na niemal miesiąc. Czasami ponownie zerkając do niektórych fragmentów, omijając o kilka stron, aby za chwilę znowu się cofnąć. Wiem, dość dziwny sposób czytania. Lecz zaznaczam, nie wynikał on ze znużenia. Chyba po prostu losy Woody’ego są właśnie nietypowe. • Najciekawiej brzmi sam początek, opisujący dzieciństwo oraz dorastanie Allena. Prowadzi czytelnika ulicami Nowego Jorku, szczegółowo przedstawiając Brooklyn sprzed lat. Miałam wrażenie, jakbym naprawdę z nim spacerowała, obserwując całe otoczenie. To było bardzo fajne doświadczenie, sprawiające, że teraz lepiej rozumiem filmy, które widziałam. Podobnie interesujące są różnorakie anegdoty o osobach przewijających się przez życie reżysera, chociaż usunęłabym pewne wzmianki dotyczące partnerów seksualnych — z racji prywaty tych ludzi. Jednocześnie przypominam, iż Woody zawsze lubił przekraczać granice. Momentami aż za mocno, o czym chyba zdaje sobie sprawę, ponieważ temat jego relacji z Mią Farrow i aktualną żoną wypada dość blado. • Owszem, sporo miejsca zajmują rozważania w kwestii oskarżeń o molestowanie seksualne, związku z adoptowaną córką, trudnych kontaktów z byłą żoną. Aczkolwiek odnoszę wrażenie, jakby Allen strasznie motał się w istotności przekazu. Nie mam konkretnej opinii uznającej winę lub niewinność, lecz dziwnie się o tym wszystkim czytało. Słabo się rozjaśniło. Dlatego z radością przywitałam fragmenty skupione na inspiracjach, przyjaźniach, elementach dotyczących filmów, zwłaszcza wczesnych. Chociaż o procesie twórczym mało się dowiedziałam! To raczej był celowy zabieg. • Bo Woody ciągle podkreśla, że on w sumie nie posiada jakiejś specjalnej wiedzy, nie uznaje siebie za intelektualistę. Ot, po prostu ma talent do snucia żartów, oto recepta na sukces. Czy to fałszywa skromność? Ciężko powiedzieć. Może przychodząca z wiekiem pokora? Ale fakt, poczucia humoru trudno mu odmówić. Wiele anegdot sprawiło, iż szczerze się śmiałam, później opowiadając je znajomym. Z kart książki spogląda na nas człowiek poturbowany, wypełniony wadami. Trochę snobistyczny. Jednocześnie ktoś, kto potrafił przenieść na ekran wrażliwość char­akte­ryst­yczn­ą dla masy ludzi. Tak, Woody jawi mi się jako postać mocno dualistyczna, której chyba nie da się klasyfikować w kategorii sympatii lub antypatii. • To ciekawie przedstawione różne historie. Książka idealna dla fanów Woody’ego Allena, chcących lepiej go poznać. Interesujący autoportret, nieco ironiczny, nieco cyniczny. Jakiejś specjalnej kontrowersji raczej tu nie znajdziecie, mimo usilnych starań — reżyser chętnie opowiada o swoich początkach i ludziach, którzy w pewien sposób go kształtowali. Dużo odniesień do amerykańskiej kultury. Ta autobiografia to istny wehikuł czasu, przenoszący nas w świat pełen jazzu, dowcipu oraz ironicznej nonszalancji, doskonale znanych, jeśli za Allenem przepadamy.
Ostatnio ocenione
1 2 3 4 5
  • Spadek
    Dmowska, Beata
CheshireCat
Autorka w swojej pracy w nowatorski sposób podjęła się omówieniu zagadnienia, w jaki sposób kultura odpowiedziała na przebieg modernizacji na terenach Rosji i Iranu przełomu XIX i XX wieku. • W swej wnikliwej rozprawie zajęła się szerokim spektrum problemów. Głównym zamiarem badaczki było uwidocznienie zarówno wspólnych cech, jak i różnic w przemianach obu państw. Ukazała podobieństwa w początkowej reakcji kultury rosyjskiej i irańskiej na kulturę zachodnią – fascynację nią, a jednocześnie pragnienie niezależności i przywiązanie do tradycji. • Skupiła się przede wszystkim na badaniach nad inteligencją rosyjską i irańską, rozważała, jak rosyjska literatura wpłynęła na rozpowszechnianie idei wolności oraz jaki miała wpływ na rozmaite sfery życia społecznego. • Omówiła m. in. zagadnienia kultury i języka, ukazała grupy kulturotwórcze jako konkretne zjawisko na tle abstrakcyjnego fenomenu kultury, postawiła pytania o istotę języka i jego rolę w kulturze. Zajęła się analizą problemową wybranych zjawisk zachodzących w omawianych państwach, snuła rozważania o pierwszym symbolu identyfikacji grupowej społeczeństwa, oceniła rolę prekursorów idei indywidualizmu w Iranie i Rosji, dokonała także interesujących porównań i podsumowań. • Celem autorki było przede wszystkim przedstawienie, w jaki sposób kultury „komunikują się”, jak przebiega dialog między ludźmi, należącymi do różnych kultur oraz jakie są i mogą być skutki dobrego lub złego zrozumienia partnera w dialogu. • Opracowała : Barbara Misiarz • Publiczna Biblioteka Pedagogiczna w Poznaniu
foo