Strona domowa użytkownika

Zawiera informacje, galerię zdjęć, blog oraz wejście do zbiorów.
[awatar]
majuskula
Najnowsze recenzje
1
...
9 10 11
...
44
  • [awatar]
    majuskula
    Powracamy do cyklu „Wyoming Men”! Zdążyłam zrecenzować „Serce jak głaz”, a teraz udało mi się sięgnąć po nowy tom. Prędko zaznaczę, że wszystkich jest już bodajże dziewięć. Diana Palmer (występująca pod wieloma nazwiskami) to naprawdę płodna pisarka. Trochę zmartwiła mnie perspektywa pogubienia, skoro znam zaledwie jedną część z całości. Ale, na szczęście, łatwo można zrozumieć wszelkie niuanse, kontakty między bohaterami i retrospekcje. Podkreślam tę informację w razie sytuacji, gdybyście kupili lub dostali książkę bez wcześniejszej wiedzy o istnieniu serii. Wracając do meritum, sięgając po powieść zastanawiałam się — czy Palmer powtarza schematy? Czy czytając kolejny romans będę w stanie nie odczuwać pewnego znużenia? W końcu mam do czynienia z tysięczną z mnóstwa fabuł, posiadających sporo wspólnych cech. Jednak szybko zorientowałam się, iż ten rodzaj literatury rządzi się własnymi, nieco specyficznymi prawami! • Nie ma tu niczego odkrywczego. Podobna budowa akcji: dwójka ludzi, początkowo mających wobec siebie ambiwalentne emocje, walka o serce mężczyzny, okupiona wieloma wyznaniami oraz zakończeniem, którego łatwo się domyślić. Niezbyt zachęcające. Aczkolwiek od razu chcę zaznaczyć, że, paradoksalnie, właśnie z powodu tej prze­widy­waln­ości­ odczułam przyjemność z lektury. Lektury będącej z czystego założenia rozrywką, odskocznią od wszystkiego, co ciężkie, wymagające intensywnego myślenia. Całość czyta się naprawdę szybciutko, ze swoim egzemplarzem spędzicie maksymalnie dwa wieczory. Zmarnowane? Nie sądzę, jeśli macie potrzebę wspomnianego odpoczynku. Wówczas będziecie raczej zadowoleni, zwłaszcza w sytuacji, gdy już kojarzycie twórczość Diany Palmer. • Skupiając na moment uwagę na umiejętnościach literackich pisarki, muszę stwierdzić, iż spodobało mi się jej przedstawienie otoczenia. Całkiem ładnie i zgrabnie opisała Wyoming, sprawiając, że przed naszymi oczami z łatwością stają gotowe obrazy. Miejsc ciekawych, będących uroczym tłem dla perypetii postaci. Aż żałuję większej ilości dialogów lub opisów życia wewnętrznego bohaterów, ze względu na „ucięcie” krajobrazów rodem ze Stanów Zjednoczonych! Właściwie, Palmer mogła usunąć kilka scen z samym Cortem, gdyż to mężczyzna niesamowicie specyficzny, co dostrzegło wiele osób… • Prosto z mostu — jeżeli Diana chciała stworzyć postać antypatyczną, to dała radę. Mam nadzieję, że kierowały nią te pobudki, ponieważ pewne zachowania Corta sprawiają niewyobrażalne wrażenie. Z jednej strony, szuka kobiety, która pokocha go nie z powodu jego bogactwa. Z drugiej, gdy zjawia się Mina, automatycznie ją odrzuca, i to w strasznie perfidny, chamski sposób. Chwilami rzeczywiście się dziwiłam naszej bohaterce. Po co jej ktoś, kto potrafi rzucać tak krzywdzące komentarze? Owszem, autorka trochę nakreśliła genezę poczynań Griera. Temat nie został zbyt intensywnie rozwinięty, aczkolwiek możliwe, iż pojawił się w poprzednich lub kolejnych książkach, dlatego nie przesądzam sprawy. • Reasumując, powieści autorstwa Diany Palmer, jak podkreślałam, są stworzone przede wszystkim po to, aby zapewnić rozrywkę. W tej roli sprawdzają się znakomicie, dlatego zazwyczaj rekomenduję je osobom przepadającym za lekkimi romansami. Z własnych doświadczeń zauważyłam, że fabuły Amerykanki najchętniej czytają troszkę starsze panie, lubiące usiąść wieczorem w wygodnym fotelu, z egzemplarzem w dłoni, herbatą na stoliku. Dlatego cały cykl polecam jako prezent dla mamy, cioci albo babci, jeśli często sięgają po podobne lektury. Wówczas zdecydowanie się ucieszą!
  • [awatar]
    majuskula
    Muszę przyznać, że najczęściej z dużą dawką sceptycyzmu podchodzę do literatury wydawanej przez znane osoby, nazywane „celebrytami”. Wiem, to słowo ma pejoratywny wydźwięk, aczkolwiek sama uważam je za dość neutralny oraz ogólnikowy wyraz. Gdy dostrzegłam zapowiedź nowej książki Lary Gessler — postanowiłam zaryzykować. Co mogłam stracić, oprócz czasu, wolnego wieczoru? Jednak teraz nie żałuję, iż zdecydowałam się podarować tej publikacji szansę. Znacie to uczucie, kiedy dostajecie w ręce swój egzemplarz i natychmiastowo zakochujecie się w szacie graficznej? Zazwyczaj staram się trzeźwo spoglądać na urocze okładki, aby nie dać się zwieść, niczym uwielbiająca błyskotki sroka. Ale trudno, raz na jakiś czas można zaszaleć, dlatego proszę być gotowym na całą gamę pochwał dotyczących… no, w sumie dotyczących wszystkiego. Jeszcze próbuję znaleźć większe wady, doczepić się do czegokolwiek, jednak wywieszam białą flagę. • Wizualna strona książki robi ogromne wrażenie. Tak, okładkę zrobiono z materiału, który nie lubi się z naszymi palcami, pozostawia ich ślady, lecz dobór barw oraz ogólna estetyka wszystko wynagradza! Ukłony dla Katarzyny Stróżyńskiej-Goraj, czyli autorkę ilustracji. Są po prostu piękne. Czy widzieliście kiedyś stare zielniki lub encyklopedie roślin? To już mniej więcej wiecie, jaki styl prezentują miniaturowe dzieła artystki. Bo tak można je nazwać. Od razu podbiły moje serce, jeszcze zanim zapoznałam się w samą treścią. Później przyszła pora na pochylenie nad zdjęciami gotowych potraw, im również nic nie zarzucę. Dobra robota całej ekipy. • W końcu mogłam zabrać się za lekturę, najważniejszą część opinii. I odszczekuję ironiczną uwagi, jaka padły z moich ust pod adresem tej pozycji, przed jej otrzymaniem. Lara Gessler naprawdę wie, o czym pisze. Z każdej karty bije pasja, żywe zainteresowanie i tematem, i zain­tere­sowa­niem­ potencjalnego czytelnika. Styl pisania przypomina mi pogaduchy z koleżanką, chcącą mnie zainspirować do odkrywania nowych rzeczy. Dużo informacji o jedzeniu, innych kulturach. Bez zadęcia oraz głupiego chwalenia możliwością zwiedzania. „Podróżujemy” razem z autorką. • Przedstawione przepisy są całkiem proste, jeszcze ich nie wypróbowałam, ale świąteczna atmosfera sprzyja kuchennym eksperymentom, więc nie omieszkam wypróbować swoich sił. A dania wydają się być łatwe w przygotowaniu, lecz też efektowne. Naprawdę ciekawe są wszelkie fragmenty poświęcone historii orzechów i pestek, ich pochodzeniu, wierzeniom ich dotyczącym. Sporo się nauczyłam, zwłaszcza w przyziemnych kwestiach. Wychodzi na to, że wcześniej lekceważąco podchodziłam do tak istotnej rzeczy, jak chociażby przechowywanie, wybieranie odpowiednich rodzajów orzechów, a jedzenie nie jest wyłącznie jedną z podstawowych potrzeb każdego człowieka. Lara nauczyła mnie celebracji, char­akte­ryst­yczn­ej dla Włochów. Odłożenia telefonu w czasie posiłku, wkładania serca w gotowanie — to ważne. • Mikołajki już za nami, ale może nie zdążyliście obdarować ukochanej osoby? Zdecydowanie rekomenduję książkę Lary Gessler. Zaopatrzcie się we własny egzemplarz jeszcze przed Bożym Narodzeniem, a gwarantuję, że zachwycicie bliskich wykonanymi przez siebie potrawami. To cudowna pozycja, przepełniona ciepłem, istna kwintesencja radości wynikającej z jedzenia. Czuć jakiś specyficzny rodzaj wdzięczności, za możliwość podzielenia się tymi wszystkimi informacjami. Lara wydała również „Przepiśnik”, czyli śliczny notek przeznaczony do zapisywania przepisów właśnie! Tak, szykuje się pyszny czas…
  • [awatar]
    majuskula
    Aleksandra Rumin — powraca! Jeśli czytaliście moje recenzje dotyczące jej wcześniejszych książek, to wiecie, że styl autorki całkiem przypadł mi do gustu. Oto powieści, które konsekwentnie poprawiają humor, umieją wprowadzić człowieka w dobry nastrój, a jednocześnie sprawiają wrażenie, iż naprawdę nie straciliśmy czasu, mimo świadomości obcowania z lekką literaturą. Tym razem postanowiłam trochę podwyższyć poprzeczkę, obawiając się pewnej wtórności. Bo ile można fajnie pisać? Jak szybko zrozumiałam, Rumin ma głowę pełną pomysłów, które potrafi umiejętnie przekuć w fabułę. Dlatego chciałabym, aby jej twórczość mogła trafić do większego grona osób, bo na to zasługuje. Tyle pochlebnych opinii, a ciągle pozostaje problem mocniejszego przebicia do czytelników. Ale w końcu nadejdzie dzień, gdy autorka w pełni osiągnie sukces. Cieszy mnie możliwość dołożenia „cegiełki” do promowania (brzydkie słowo) owych publikacji. • Co jest najważniejsze w trakcie czytania? Dystans! Aleksandra Rumin trafnie wyłuszcza nasze narodowe przywary, lecz bez obrażania. To po prostu dowcip, mrugnięcie okiem. Wiem, że taki humor nie każdemu przypadnie do gustu, ale zapewniam, iż nikt nie poczuje zażenowania, niesmaku wywołanego kiepskimi żarcikami. Autorka posiada wyczulony zmysł obserwacji, rzadka cecha. Natomiast sam wątek kryminalny przedstawiono w bardzo ciekawej formie, zagadka trzyma w napięciu, mimo wielu absurdalnych sytuacji! Ofiary giną w sposób tragiczny, acz zabawny jednocześnie, stawiając policjantów pod przysłowiową ścianą — jak złapać tak sprytnego mordercę!? A my zastanawiamy się razem z funk­cjon­ariu­szam­i… • Akcję poprowadzono na przestrzeni ledwo kilku dni, ale dzieje się mnóstwo. Obserwujemy śledztwo, również podglądając losy głównych bohaterów, o których napiszę więcej za chwilę. Tutaj nawet nijakie, pozornie przezroczyste postaci odgrywają ważną rolę, dlatego miejcie oczy szeroko otwarte! Całość po prostu bardzo dobrze się czyta. Bezproblemowo, na luzie, bez tego char­akte­ryst­yczn­ej chęci skończenia danej pozycji w jak najszybszym czasie. Co najlepsze, zakończenie może zaskoczyć. Rumin świetnie wyważyła proporcje między komedią a kryminałem, co uważam za niezwykle istotny zabieg w tym konkretnym gatunku. • No, właśnie, upragnieni bohaterowie. Wszyscy są prześmieszni, aczkolwiek moje serce bezapelacyjnie podbił komisarz Jan Polak. Człowiek zmęczony życiem, pechowy, owładnięty depresją, impotencją oraz wszelkimi plagami. A stoi przed nim realne wyznanie, gdy musi schwytać „seryjniaka”, podpisującego się dość niebanalnie, bo… „Prawdziwy Polak”. Jan przypomina mi takich stereotypowych detektywów, lecz w wersji komediowej. Nie da się go nie lubić. Podobnie jak jego brata, ciągle wplatającego amerykanizmy. Już po zakończeniu lektury, trudno mi było się rozstać z tymi ludźmi. Są najjaśniejszym elementem powieści, skrzącej dowcipem płynącym z każdego pojedynczego dialogu, chyba najlepszej z dotychczasowych sygnowanych nazwiskiem pisarki. Odłożyłam swój egzemplarz z poczuciem dużej frajdy. • „Zbrodnia po polsku” trzyma poziom, do którego Aleksandra Rumin nas przyzwyczaiła. Liczę, że kolejne pozycje wychodzące spod jej pióra (lub długopisu, lub klawiatury…) będą równie udane. Oczywiście, już zaczynam ich wypatrywać! Z tego miejsca, cicho apeluję: czytajmy rodzimych twórców! Rozumiem, iż wielu jest uprzedzonych, sama odczuwałam niegdyś podobne emocje, ale naprawdę warto „wyjść ze strefy komfortu”, poszukiwać młodych (nie mam na myśli wyłącznie metryki) pisarzy, dawać im szansę rozwoju, zwłaszcza w tych trudnych czasach.
  • [awatar]
    majuskula
    Thriller — gatunek niezwykle wymagający. Bo chyba nie ma niczego gorszego od tego typu powieści, nudzącej i sprawiającej, że tylko zerkamy na zegarek i ilość stron, która nam pozostała do zakończenia. Dlatego wyjątkowo cieszę się, gdy natrafiam na rodzimego autora lub autorkę, potrafiących skonstruować dobrą książkę. Trzymającą w napięciu, intrygującą. Od dawna słyszę wiele pozytywów na temat Alicji Sinickiej, której „Stażystka” podbiła serca sporej rzeszy czytelników. Ja, niestety, dopiero teraz miałam okazję poznać twórczość pisarki. Wraca ze swoją najnowszą powieścią zatytułowaną po prostu „Służąca”. I tak, przyznaję, po zapoznaniu się z obszerną listą pochwał kierowanych pod adresem Sinickiej, wysoko powiesiłam poprzeczkę. Tym bardziej, że już od dłuższego czasu nie sięgałam po thrillery, a powroty zazwyczaj powinny być miłe. I, całe szczęście, nie rozczarowałam się, wbrew początkowym obawom. • Czuć, iż fabuła została odpowiednio przeanalizowana, poczynania bohaterów bywają spontaniczne, ale nie można odmówić im pewnej logiki w rozumowaniu. Całość dobrze się czyta, z zain­tere­sowa­niem­ śledziłam poszczególne wątki, a zwłaszcza ten główny, najważniejszy. Oczywiście, nie zamierzam zbyt wiele, jednak mogę obiecać, że z tą książką znużenie Wam absolutnie nie grozi. Początek wydaje się być bardzo lekki, lecz już wtedy czekamy na zaskakującą zmianę otoczenia, zachowań. A ta następuje stosunkowo szybko, wrzucając nas w sam środek chorych fantazji, spełnianych za pomocą dziewczyny, która zwyczajnie lubiła sprzątać, chcąc zrobić ze swej pasji sposób na zarobek… • Myślę, że z tej powieści wyszedłby dobry scenariusz filmowy. Podczas lektury wyraźnie stawały mi przed oczami sceny, choć opisy nie były aż tak szczegółowe, aby na siłę zapełniać wolne strony. Ogółem, całą książkę można uznać za „konkretną” w odbiorze, pozbawioną ozdobników, zbędnych retrospekcji, jednak intrygująco odmalowano życie wewnętrzne bohaterów, o czym za moment szerzej wspomnę. Rozdziały są krótkie, więc sądzę, iż publikację warto sobie odpowiednio dawkować, inaczej skończymy ją już po dłuższej chwili, aczkolwiek prędko o niej nie zapomnimy… • Nasza Julia momentami może budzić irytację, co doskonale rozumiem. Ale musimy pamiętać, że patrzymy na nią z perspektywy czytelnika, który posiada szerszy obraz sytuacji. Niemniej jednak, najlepiej skonstruowano umysł psychopatyczny. Znowu nie chcę zdradzać za dużo i nikomu psuć przyjemności z lektury, lecz sądzę, iż w tym temacie będziecie mieli podobne zdanie. W kwestii zakończenia, zgadzam się z większością — poprowadzono je bardzo zgrabnie, sama typowałam zupełnie inne osoby, motywy, więc zaskoczenie okazało się miłą niespodzianką. Bo, ponownie podkreślam, nie ma większej boleści w thrillerze od rozwiązania zagadki. Na przykład, na pięćdziesiątej stronie z trzystu, co mi się w życiu zdarzało. • „Służąca” jest świetną propozycją dla miłośników książek „z dreszczykiem”. Styl pisarki naprawdę mnie zainteresował, dlatego chętnie sięgnę po inne historie jej autorstwa, śledząc dalszy rozwój. Myślę, że takie thrillery są wręcz idealne na końcówkę jesieni, gdy szybko zapada zmrok, wiatr dmie za oknem, tworząc znakomitą atmosferę dla wstrząsającej fabuły. Z pewnością istnieją powieści jeszcze brutalniejsze, ale właśnie ta przypadła mi do gustu, bo czasami sprawdza się znana wszystkim zasada: „less is more”, zwłaszcza przy tylu ciekawych wątkach…
  • [awatar]
    majuskula
    Znowu nadarzyła się okazja do przeczytania powieści autorstwa Nory Roberts. Jak już wspominałam przy poprzednich recenzjach, mamy do czynienia z książkami wyjątkowo sympatycznymi. Zazwyczaj słynne, zwłaszcza przed kilkoma dekadami, „romansidła” kojarzą nam się z niesamowitym kiczem. Ale zaczynają przeżywać renesans popularności. I, muszę przyznać, te starsze pozycje często fabularnie nie odbiegają od tych współczesnych, a w pewnych kwestiach nawet je przewyższają. Jest w nich jakaś lepsza świadomość delikatności. Bez wiecznego rzucania wulgaryzmami, krążenia wokół tylko jednego wątku oraz przysłowiowego „lania wody”, byle egzemplarz stał się wielki oraz gruby. A nasza „Amanda” przeczy wymienionym wadom. Jak poprzednie książki Nory, (które opisywałam) wciąga, umila nudne chwile. Taka pozycja mająca za zadanie zabawić — szybko o niej zapomnimy, lecz wróci do nas przy kolejnym tomie, spełniającego właśnie tę samą rolę. • Siostry Calhoun to szczęściary. Wszystkie trafiają na swoich idealnych mężczyzn, przechodzą przez różne perypetie, finalnie znajdując spokój w ramionach ukochanego. Już na początku lektury możemy domyślić się zakończenia. Czy przyjemność z czytania staje się wówczas mniejsza? Nie, ponieważ jesteśmy świadomi, że nie trzeba się nieustannie stresować losami bohaterów, denerwować następnymi stronami. Dlatego mogę ciągle podkreślać — powieści stworzone po to, aby zapewnić nam rozrywkę. Dużo schematów, ale poprowadzonych w uroczy sposób, sprawiający, iż z ciekawością obserwujemy kolejne przygody postaci. Zwłaszcza duetów, będących osią każdego tomu. W tym przypadku, Amandy i tajemniczego Sloana, zmuszonych do stawienia czoła dziwnym problemom… • Amanda jest skupiona na karierze, dość uparta, troszkę złośliwa, lecz tak naprawdę drzemią w niej spore pokłady troski, przede wszystkim o najbliższych. Zawsze stara się samotnie rozwikływać wszelkie zawiłości. Jej pierwsze spotkanie ze Sloanem wypada zabawnie, gdy ten zawadiacki mężczyzna bezpardonowo na nią wpada, wytrącając paczki, przeszkadzając w przygotowaniach do ślubu C.C. (pamiętacie ją?), a dodatkowo, wprowadzając zamieszanie w sprawie remontu rodzinnej posiadłości. Jednak, jak to u Roberts, początkowa niechęć przeobraża się w silne uczucie, będące w stanie pokonywać przeciwności. • W całej serii najciekawszy wydaje mi się wątek Bianki, prababki Calhounów, postaci tragicznej oraz romantycznej. Nieszczęśliwie zakochana, rzuciła się z wieży, zostawiając po sobie klejnoty rodowe. Na ich temat krąży dużo legend, a wielu ma chęć na odnalezienie cennych szmaragdów. Przyznam, że chętnie sięgnęłabym po książki poświęcone tylko Biance, jej perypetiom. Patrząc na ilość powieści stworzonych przez Roberts już sądziłam, iż rzeczywiście skrobnęła parę pozycji o wspomnianej bohaterce, ale nie znalazłam takiej informacji. Cóż, pozostaje mi mieć nadzieję na podsunięcie autorce mojego pomysłu! Jak na razie, mogę skupić się na potomkiniach interesującej B., podobnie do niej walczących o miłość, choć z lepszym skutkiem… • Są takie książki, które po prostu muszą umilić nam czas. I „Amanda” wręcz doskonale się w ten model wpasowuje. To powieść wyjątkowo przyjemna w odbiorze, lekka, zajmująca nam jeden, maksymalnie dwa wieczory. Fajna na jesień, gdy robi się coraz zimniej oraz ciemnej. Warto opatulić się w koc, wypić gorącą herbatę, poczytać, a później podarować egzemplarz komuś, kto również potrzebuje odrobiny odpoczynku, kompletnie pozbawionego zbyt intensywnego myślenia. A ja sama bardzo polubiłam siostry Calhoun, chętnie poznam ich dalsze przygody.
Ostatnio ocenione
1 2 3 4 5
  • Pamiętnikarze
    Siegal, Nina
  • Priscilla
    Presley, Priscilla
  • Żuan Don
    Wilczek-Krupa, Maria
  • Kochany Święty Mikołaju
    Macomber, Debbie
  • Róża Napoleona
    Van den Hock, Jacobine
  • Odyseja kosmiczna 3001
    Clarke, Arthur Charles
CheshireCat
Autorka w swojej pracy w nowatorski sposób podjęła się omówieniu zagadnienia, w jaki sposób kultura odpowiedziała na przebieg modernizacji na terenach Rosji i Iranu przełomu XIX i XX wieku. • W swej wnikliwej rozprawie zajęła się szerokim spektrum problemów. Głównym zamiarem badaczki było uwidocznienie zarówno wspólnych cech, jak i różnic w przemianach obu państw. Ukazała podobieństwa w początkowej reakcji kultury rosyjskiej i irańskiej na kulturę zachodnią – fascynację nią, a jednocześnie pragnienie niezależności i przywiązanie do tradycji. • Skupiła się przede wszystkim na badaniach nad inteligencją rosyjską i irańską, rozważała, jak rosyjska literatura wpłynęła na rozpowszechnianie idei wolności oraz jaki miała wpływ na rozmaite sfery życia społecznego. • Omówiła m. in. zagadnienia kultury i języka, ukazała grupy kulturotwórcze jako konkretne zjawisko na tle abstrakcyjnego fenomenu kultury, postawiła pytania o istotę języka i jego rolę w kulturze. Zajęła się analizą problemową wybranych zjawisk zachodzących w omawianych państwach, snuła rozważania o pierwszym symbolu identyfikacji grupowej społeczeństwa, oceniła rolę prekursorów idei indywidualizmu w Iranie i Rosji, dokonała także interesujących porównań i podsumowań. • Celem autorki było przede wszystkim przedstawienie, w jaki sposób kultury „komunikują się”, jak przebiega dialog między ludźmi, należącymi do różnych kultur oraz jakie są i mogą być skutki dobrego lub złego zrozumienia partnera w dialogu. • Opracowała : Barbara Misiarz • Publiczna Biblioteka Pedagogiczna w Poznaniu
foo