Recenzje dla:
Opowieść o starym dziecku/ Jenny Erpenbeck
-
agaKUSIczyta • W tej powieści od razu idziesz. Idziesz ulicą, w środku miasta, stawiasz powolne kroki. Obok ciebie idzie ona. Niekształtna, duża, acz niewidoczna, jakby „była zasadniczej natury”. O twarzy jak księżyc. Ona, obca dziewczynka z wiadrem w dłoni. Z pustym wiadrem, z pustą głową, lecz z pełnym ciałem wszystkiego. Ciałem jak worek, które czeka na jedzenie. Bo ona tak funkcjonuje. Wydarta skądś idzie tu. I nic nie wie, nie pamięta początku. Ma czternaście lat, tak jej się wydaje. Lecz reszta? Kim są jej rodzice i gdzie w ogóle są? I dlaczego idzie sama? Dokąd, gdzie... ? Pytania zderzają się z ciszą. Są jak kule wystrzeliwane w mur, które nie znajdują swego celu. Naboje, które marnujesz mają nadzieję na zdobycz, na cokolwiek. Trafia na policję lecz cóż z nią zrobić? Zamknąć w celi? Aresztować? Przecież nic nie zrobiła, tylko szła, z wiadrem w dłoni... Dlatego pada decyzja, by oddać ją w dobre ręce sióstr prowadzących dom dziecka. Tu trafiają te szkraby, które zostały porzucone lub o których świat i ludzie całkiem zapomnieli. To przechowalnia dzieci niczyich, które byle jak dorastają i takie pewnie kiedyś umrą. W niedzielę są odwiedziny, czasem ktoś nawet przychodzi „oglądnąć nabytek”, który mógłby adoptować i uznać za swoje – dziecko. Mógłby być wtedy rodzicem, pod skrzydłem którego dorastałoby dziecko, jakie sam wybrał i chciał i które spróbuje kochać na swój dorosły sposób. Niedziele są lubiane przez niektórych, podczas gdy innych wpędzają w rozpacz. Nadzieja długo się rodzi, acz szybko umiera. Dlatego ona, to duże, nijakie dziecko, nie chce niedziel. Nie może patrzeć na uśmiechy rodziców, którzy przychodzą do swoich dzieci. Przynoszą im cukierki, czasem jakiś sweter, czy ciastka. Ona nie ma nikogo. Nikt jej nie odwiedzi. Nikt nie adoptuje, nikt na nią nie czeka, ani nie tęskni za nią i nigdy nie będzie. A to boli. Boli ją, tą „tępą masę” w ciuchach, które nawet nie są jej. I te dzieci – one też ją „bolą”. Dlaczego, zapytasz? Bo ją kopią, biją, poniżają i o niej zapominają. „Jej postawa działa jak ssący wir ściągający na nią złą wolę. (…) Śliczne dzieci zatrzaskują przed nią bramę. Nikt z nią nie rozmawia”. Wedle zasady, nie jesteś taka, jak my – odstajesz, jak kołek w niepotrzebnym płocie. Próbuje rozmawiać, ale przez jej słowa zawsze przeziera, jak przez dziurawą dekorację jakaś ziejąca pustka. Wszystko jej zabierają, wytykają ją palcami, wykorzystują w zabawach, bo ktoś musi przegrać - przegrywa ona. Od początku nie ma szans, dlatego jest pośmiewiskiem w każdej zabawie. Aż trafia do szpitala. Jak funkcjonuje to ciało? - myślą lekarze. Zagadka? Niby wszystko w nim „jakoś” działa, bo żyjesz, ale dlaczego jest słabe? Chciałaby tak leżeć i nie robić nic. Być – tylko być, a inni niech się o nią martwią, doglądają, sprawdzają. Ma leżeć i spać i odpoczywać. Takie ma medyczne zalecenia -a ich się nie podważa. W dużą szczęśliwość bowiem wprawia ją architektura jakiegoś regulaminu, jakiejś zasady. To klarowny i piękny widok, dlatego stricte przestrzega regulamin obowiązujący w ośrodku wychowawczym. Jeśli tak trzeba, to ona TAK postępuje. W przeciwności do innych, lubi sobotnie komisje kontrolne. Ciuchy w kwadrat? Czysta bielizna? Porządek w szafkach i na łóżkach? U niej zawsze nieskazitelne. Gorzej z rozmowami. „Niczym podczas reakcji chemicznej dziewczynka do myśli, które pojawiają się w jej głowie, dodaje jakby niewidzialną substancję i w ten sposób zmienia wartość tej myśli. Większość z tego, co wypowiada, natychmiast się zapada, ledwie się pojawi, samo wciąga się za włosy w bagno. Własne zdania ciążą dziewczynce w żołądku jak kupa gruzu, nie mogą stać się jej częścią. Niekiedy nawet spogląda po sobie, czy przypadkiem któreś z nich nie wystaje gdzieś z niej na zewnątrz”. Nawet głos nie potrafi zapuścić korzeni w jej ciele. Jest na chwilę. Zdania podkrada koleżankom. Próbuje robić to, co inni, lecz nijak jej to nie wychodzi. Ciągle głodna, pochłania wszystko. Nienasycone ciało pomieścić wiele, lecz nie wie, co z tą ilością zrobić. To dziecko jest jak wieli wór żarcia nieprzetrawionego i niewydalonego. Jakoś żyje, ale jak? Ten mechanizm jej działania stanowi zagadkę dla samych lekarzy. Konsorcjum medyków nie dotarło do prawdy, jakby ta ludzka masa była wyjątkiem od tego, co znali, acz niczym specjalnym, skoro żyje. Lepiej nie ruszać, by nie pogorszyć. Nie badać, nie analizować, nie dociekać. Aż przychodzi dzień, gdy to niekształtne ciało, ta masa czternastoletniej dziewczynki jest tak słaba, że kładzie się i nie wstaje już. Leży... i zmienia się. Staje się kimś innym... Czy to aktorka? Czy to było perfidne oszustwo, jakaś gra z jej strony? Próba okłamania ludzi i samej siebie? Ucieczka od czegoś, a może od kogoś? A może to akt desperacji człowieka, który pragnie dla siebie innego świata niż ten, w którym żyła wcześniej? Próba bycia inną osobą, inną osobowością w innym otoczeniu? Narzucane reguły postępowania pomagają trzymać bajzel w ryzach. Są drogą, którą idziesz, a która jest dobra. Przecież regulamin już z założenia jest dobry i właściwy, jest jak mapa terenu, którą trzymasz w ręku i którą podążasz. Wiesz jak stawiać kroki, po co i dokąd zmierzasz. Nie ma strachu... Tą powieść pożerasz wręcz dlatego, że gdzieś, pomiędzy stronami, odnajdujesz własny niepokój – ten, którego na co dzień nie potrafisz nazwać, a który drzemie w tobie, gdzieś w ciemnym środku. Jest ciekawość, potem współczucie, a potem oburzenie i strach. Martwisz się tą dziewczynką, o jakiej czytasz. Od samego początku staje ci się tak bliska, że spojenie z nią sprawia, iż stajesz się nią. Jesteś popychadłem, o którym zapominają dzieci w zabawie w chowanego. Stoisz na środku boiska z zamkniętymi oczami, jest coraz zimniej, nadchodzi wieczór, jesteś zimna, jak kostka lodu i wiesz, że te dzieci zapomniały o tobie. Że wszyscy zapomnieli i dla nikogo nie masz jakiegokolwiek znaczenia. Że nikt po ciebie nie przyjdzie, nikt się z tobą nie bawi, bo jesteś zerem. „Opowieść o starym dziecku” wczepia ci się pod skórę. Wrasta w ciebie. To makabryczny obraz samotności, wykluczenia i wewnętrznych łez bezsilności. To obraz ludzi i świata jaki znasz z autopsji, a który podkolorowujesz, by lepiej wyglądał, bo to, co ładne, staje się lepsze. Prowizorka mami oczy i duszę. A tu, w tej historii, wszystko ma swoją nazwę i swój smak. Słone łzy płyną po policzkach, mamią wzrok i przyspieszają bicie serca. Tak nie można... To nieludzkie... szepczesz w ciszy pokoju. To jakiś absurd. Coś strasznego... Tego nie sposób przeżyć... Ta powieść to rachunek sumienia. Ocena 20/5 !!!!